Eva Kotarbová:  Nový operní dům v Krakově
Martyna Radlowska-Obrusnik: WIGILIA NA ŚLĄSKOOSTRAWSKIM ZAMKU
Martyna Radlowska-Obrusnik: Zalipie całe w kwiatach
Eva Kotarbová: Fotografie pro příští generace
Martyna Radlowska-Obrusnik: Pomysły na polonistykę
Eva Kotarbová: Mokate a jeho paní
Martyna Radlowska-Obrusnik: XVI ŚWIATOWE FORUM MEDIÓW POLONIJNYCH
Martyna Radlowska-Obrusnik: Aktor, reżyser, scenarzysta Jerzy Stuhr
Richard Sobotka: Dariusz Władysław Żabiński vystavoval v Rožnově p. R. v galerii Na radnici
Adam Lewandowski: Komunikat i racja stanu
AKTORZY ODDADZĄ HOŁD SZEKSPIROWI NA ŚLĄSKOOSTRAWSKIM ZAMKU (Herci vzdají hold Shakespearovi  na slezskoosltravském hradu)
Richard Sobotka: Dni Śremu 2008 tradičně velmi úspěšné
Martyna Radlowska-Obrusnik: XIV PRZEGLĄD CIESZYŃSKIEJ PIEŚNI LUDOWEJ   (XIV přehlídka těšínské lidové písně)
Richard Sobotka: Łucjan Rabski - malíř velkých bitev
Richard Sobotka: Barbara Houwalt – malířka zasněných zákoutí polských měst
Richard Sobotka: Historie muzea v polském městě Śremu
Richard Sobotka: Nina Szmyt
Leszek Lesiczka: Seznamte se: Antoni Rut - fotograf
Barbara Nowicka: 40 let tvůrčí práce Eugeniusza Ferstera / W 40-lecie pracy twórczej - Przypadki Eugeniusza Ferstera











WIGILIA NA ŚLĄSKOOSTRAWSKIM ZAMKU

   Przez iluminowany dziedziniec śląskoostrawskiego zamku wprost do sali biesiadnej prowadziła przybyłych na zaproszenie konsula generalnego RP w Ostrawie Jerzego Kronholda i jego małżonki muzyka kapeli zespołu „Oldrzychowice”. W progach zamku Piastów cieszyńskich w środę wieczór bowiem odbywało się konzulspotkanie wigilijne.
  Na piętrze czekał gości gospodarz wraz z małżonką. Obydwoje ubrani wieczorowo, jak i większość przybyłych. Stojąca obok swojego szefa konsul ds. Polonii Agnieszka Fedorów-Skupień miał na sobie fioletową suknię z podwyższonym stanem.
   Wśród witających się z gospodarzem nie zabrakło wiceprezesów Kongresu Polaków  Bogusława Chwajola i Tadeusza Wantuły, reprezentującej gremium Kongresu Małgorzaty Rakowskiej, biskupaA. Fedorów diecezji opawsko-ostrawskiej Františka Lobkowicza, prezesa ZG PZKO Zygmunta Stopy, konsula honorowego Federacji Rosyjskiej Aleša Zedníka, dyrektora Huty Trzyniec Jerzego Cienciały, przedstawicieli wszystkich dziedzin życia po obu stronach granicy.  Po serdecznym przywitaniu gości konsul generalny postawił przed nimi zadanie: - rozmów i spotkań. - Kooperacja na granicy czesko-polskiej w ramach euroregionów jest coraz lepsza - podsumował, zaraz po tym życząc zebranym -  Pięknych Świąt Bożego Narodzenia i Pomyślnego Nowego Roku.
    O kulinarną stronę wigili zadbał Zespół Szkół Ekonomiczno-Gastronomicznych w Cieszynie. Pod okiem pań Urszuli Zwardoń i Eweliny Tkacz uczniowie tej placówki od poniedziałku przygotowali dania - To polska wigilia - mówią nauczycielki. - Mamy tu zestaw polskich tradycyjnych potraw. Na gorąco barszcz z uszkami z grzybami, trzy rodzaje pierogów - ruskie, z kapustą i grzybami oraz z mięsem. Jest też staropolski bigos z dużą ilością grzybów i mięsiwa. (O bufet ciepły dbał Krzysztof Bronowski - Ulepiliśmy 1800 pierogów! - powiedział). Takie menu zostało zaproponowane i takie zostało zaakceptowane, dodają panie Urszula i Ewelina, podkreślając, że cała dwudziestka cieszynian cieszy się, że właśnie im przypadło w udziale przygotowanie wigilii na zamku śląskoostrawskim.
    Przy barze serwowano żytnią wódkę oraz soki (jabłeczny, pomarańczowy, grapefruitowy i czarnej porzeczki), co wielu gości skłoniło do rozważań o sposobie picia trunku i odpowiadania na pytanie - Razem czy osobno?. Podczas luźnych rozmów nie pominięto spraw kryzysu finansowego, przyszłorocznych obchodów 100 lecia gimnazjum Polskiego im. Juliusza Słowackiego w Orłowej i - Zgrania wszystkich organizacji zaolziańskich w realizacji szczytnych celów - jak to zaakcentował w rozmowie z „GL” Bogusław Chwajol. Swoje materiały filmowe - podsumuwujący miniony rok  nagrywała Czeska Telewizja Ostrawa oraz „Polar-Stonawa”.
   Goście chwalili kuchnię - Otylii Tobole smakował łosoś w sosie koperkowym, Měčíslavowi Borákowi- bigos, Leszkowi Kalinie - barszczyk z mięsnymi uszkami, a jego żonie - ryby - Zwłaszcza Karp pieczony i ryba po grecku.  - Nie byłoby to tak smaczne, gdyby nie powietrze na śląskoostrawskim zamku - żartując podkreślił prof. Alojzy Suchanek.
    Oczywiście gościnie towarzyszył opłatek i kolędy.
Martyna Radlowska-Obrusnik

Foto: Eva Kotarbová
1.
Uprostřed generální konzul Jerzy Kronhold,  2. konzulka Agnieszka Fedorów-Skupień  s manželkou J. Kronholda

Vloženo 21. 12. 2008








Zalipie całe w kwiatach

stavení   plot

     Tak, jak słynne stały się łowickie wycinanki, podhalańskie malarstwo na szkle, czy koguty z ciasta z Kazimierza nad Wisłą, tak coraz słynniejsza staje się niezwykła, bo malowana wieś Zalipie na Powiślu Dąbrowskim...

    To nie przesada,że piszę niezwykła, gdyż każdemu wjeżdżającemu do Zalipia  rzucą się w oczy malowane w piękne kwiaty domy, zagrody, płoty, studnie, stajnie, chlewy a nawet... budy dla psów.  Kościół i remiza strażacka też są malowane! Po prostu, gdzie człowiek nie spojrzy to widzi jaskrawe kwiatki i kwiatuszki.
     Za odkrywcę wsi uważany jest Władysław Hickel który w 1905 roku zobaczył  przypadkiem nad łóżkiem swojego służącego pochodzącego z Dąbrowyinteriér Tarnowskiej dwie malowane na papierze makatki. Zaciekawiony odwiedził wieś, o której napisał:
     ,,Malują już to na papierze, już to wprost na ścianie, przyozdabiając wszystko, co tylko jest w izbie, a więc powały, kredens, okna, okiennice, a nawet talerze, choć te w razie użycia muszą być z farb umyte."
     Teraz przyjeżdzającym do Zalipia turystom wyjaśnia się skąd wzięła się malarska moda w wiosce. U jej początków stało.... zamiłowanie do czystości ścian miejscowych gospodyń.
    Pierwszymi malowankami były bowiem „packi” czyli nanoszone na ciemną od dymu powałę ślady prosa unurzanego w wstromapnie. Potem – dzięki nowszym piecom- ściany już nie pokrywały się „kopciem” i owe miejsca zostały przemalowane w proste motywy kwiatowe.  Najpierw - co logiczne- zajmowały strefę dookoła pieca, ponad oknami, pod obrazami, powoli przechodząc na całe ściany, powały aż do wyjścia z chałupy. Z wolna też przeobrażały się pędzelki – od wiązki prosa, przez słomę żyta do włosia końskiego lub krowiego ogona. Do malowania używano też brzozowych patyczków zmiażdżonych młotkiem na końcu lub postrzępionych zębami.
    Jak mówi dyrektorka Gminnego Ośrodka Kultury zwanego inaczej Domem Malarek  najpierw na malowany przedmiot czy ścianę nakłada się grunt, potem kolorowe plamy, potem domalowywuje liście, ich obrysy i robi cienowanie poprzez nakladanie kolejnych odcieni pożądanych kolorów.
   ,,Malujemy farbami akrylowymi" - mówi jedna z zalipiańskich malarek Dorota Morawiec. - ,,W tej chwili maluje kaczuszkę z wypalanej gliny – jest mała więc kwiatuszki muszę zrobić malutkie o drobnych liskach. Wymaga to troszkę skupienia i precyzji. Farby w kolorystyce są wesołe i trwałe, można nawet przetrzeć wzór wilgotną szmatką."  
     Pierwotnymi barwnikami używanymi przez powiślańskie dziewczyny były: wapno, glinka, sadza i kreda. Do brunatnej miejscowejglinki dodawano nieco popiołu drzewnego, a sadzę zanim użyto jej jako barwnika zakopywano w ziemi pod okapem domu. Padające deszcze rozmiękczały sadzę, czyniąc ją Místnostzdatniejszą do rozpuszczenia w wodzie. Później do malowania zaczęto używać kupowanych w sklepach barwników proszkowych, a spoiwem dla tych barwników bywała mąka kasztanowa, cuker, białko czy... woda po odcedzeniu klusek.        
    I choć przyjezdnym wydaje się, że kwiatuszki są podobne do siebie  „kubek w kubek”, to miejscowych osiemdziesiąt malarek dokładne wie, co która z nich i jak maluje. Swoich prac nie podpisują. - ,,To są kwiatuszki z wyobraźni, troczkę podobne do polnych, ale raczej takie, jak komu przyjdzie do głowy" – twierdzą.        
    W większości zgadzają się, że tu i ówdzie jeszcze nawiążą do starego wzoru, choć na ogół kwiaty powstają w chwili natchnienia. Lecz każdy kwiatek jest wypracowany ręcznie i nie używa się tu szablonów.        
    Na pytanie, czy malowaniem kwiatków da się zarobić na chleb, malarki kręcą głową - ,,No, nie za bardzo. Farby akrylowe są drogie, pędzelki też. Gdybyśmy to robiły na własną rękę, to nie każdą było by stać... "       
    To, że stać, jest efektem działalności Urzędu Pracy w Krakowie i Domu Malarek (Ośrodka Kultury), które razem realizują, także za unijne pieniądze, program „Konserwator”. Korzysta z niego jedenaście Pań  malując nie tylko dla turystów, prowadząc warsztaty dla dzieci czy pomagając w odświeżaniu  wymalowanego w kwiatki kościoła, ale także oferując swoje zdolności wszystkim zalipianom, którzy nie czują się na siłach pięknie „ukwiecić” obejścia, a też chcieliby takie ukwiecone mieć.       
    Na wątpliwość, czy Zalipie jest rzeczywiście całe wymalowane - malarki odpowiadają -  ,,Nie wszystkie chałupy są, ale prawie wszystkie. Ale co najważniejsze tu nie ma skansenu, to nie scenografia. My tu mieszkamy. A malujemy dla własnej przyjemności.  A to podoba się i ściąga do nas turystów.
    Tylko w zeszłym roku, jak liczyłyśmy, ile osób wpisało się do Książki Pamiątkowej,  to było ponad 11 tysięcy. Najwięcej z Francji, Niemiec, Włoch, Japonii, Izraela. Praktycznie ze wszystkich krajów. Przyjeżdzają za pośrednictwem tak biur podróży, jak i indywidualnie. Kierowani są przez Informację Turystyczną z Tarnowa" – dodają.
    Wiadomo co robią dziewczyny w Zalipiu – każdy to widzi, ale co robią chłopy? -
 Žena s květy   ,,Zalipie to wioska rolnicza. Całe rodziny prowadzą gospodarstwa rolne. Mamy uprawy truskawek, ogórków, pomidorów i ludzie z tego żyją, a malownie to czysta przyjemnność...." - odpowiadają.
     Tak samo czystą przyjemnością jest robienie bibułkowych kwiatków. Lucyna Curyło potrzebuje 5 minut, by wprawną ręką z różowej bibułki zrobić płatki, dokładnie owinąć drucik zieloną krepiną i dodać kontrastowy środek – ,,Trzeba trochę pracy, cierpliwości i wyobraźni do tej pracy, do oddania piękna polskich kwiatów" – mówi, dodając, że dawniej gospodynie umieszczały takie kwiatki za obrazami, u pułapu, robiły z nich pająki pod powałą.  
    Nazwsko Curyło cieszy się w Zalipiu zasłużonym szacunkiem. Nosiła je bowiem animatorka tutejszego malowania Felicja Curyłowa, która 30 lat temu zorganizowała konkurs o najpiękniej pomalowaną w kwiatki zagrodę.pt..”Malowana Chata”. Obecnie jest to najstarszy konkurs w Polsce na sztukę ludową.
    Szkopuł w tym konkursie jest jednak ten, że nigdy się nie zdarzyło wybrać najlepszego obejścia, by jedna osoba zdobyła laury. Dlaczego? - ,,W domach zazwyczaj mieszkają trzy generacje  - babcia, matka i córka i wszystkie malują. To którą wyróżnić?"- pytają malarki.
    Przykład położonego całkowicie na uboczu tras wiodących przez słynne zabytki  Polski Zalipia zaświadcza, że zapał i zaangażowanie wszystkich czynią prawdziwe cuda. Teraz już sklepik przy Domu Malarek zarabia 90 000 złotych rocznie. Duch przedsiębiorczości nie pozwolił też malarkom na przedłużanie współpracy z „Cepelią”, gdyż potem musiały wysłuchiwać utyskiwań turystów i odpowiadać na pytania dlaczego u nich malowanki są tak tanie, podczas gdy na rynku taka drożyzna? Malarki same wzięły się za dystrybucję swoich wytworów - co zrobią sprzedadzą. Ale nie rezygnują z propagowania swej sztuki, jeżdzą na targi turystyczne w Polsce i za granicę, a także malują tam, gdzie jest zapotrzebowanie – wymalowały hotel „Mariott” w Warszawie, salę dziecięcą na statku „Batory” i kawiarnię "Zalipianka" w Krakowie przy ul. Szewskiej, ich „Chatę z Zalipia” można spotkać na „gierkówce”, a także pomalowały ....auto w programie rozrywkowym telewizji „Polsat”  - „Macie co chcecie”. Po prostu lubią kwiatki.
Martyna Radlowska-Obrusnik

Foto:. Martyna Radlowska-Obrusnik
5. Wnętrze domu Felicji Curyłowej.
6. Lucyna Curyło robi papierowe różyczki
a
http://pejzaze.onet.pl/53280,g,1,27,0,polska_zalipie,galeria.html

Vloženo 2. 11. 2008






Fotografie pro příští generace
   
Jan Rywik Labuť  Gola

   Od 22. do 24. října 2008 probíhal  v Ostravě sedmý ročník mezinárodního festivalu filmů a televizních pořadů o technických  a průmyslových památkách Techné Ostrava 2008, se zaměřením na vědeckou spolupráci a cestovní ruch. Hlavním tématem akce, kterou organizuje porubský Dům kultury Poklad s Vysokou školou báňskou - TU, je ochrana technického a industriálního dědictví a možnosti jeho nového využití. (Více o Techné 2008).
   V rámci festivalu byla v Ostravském muzeu otevřena výstava fotografií polského autora Arkadiusze Goly, jehož snímky zachycují hornický kolorit města Zabrze i jeho okolí a připomínají, že v nenávratnu mizí hornictvím poznamenaný způsob života mnohých obyvatel Horního Slezska. Autor snímku ví, že právě ten je  zapotřebí zachytit pro příští generace. 
    Arkadiusz Gola se narodil  v roce 1972 v polské Slezské Rudě. Žije  v Zabrze. Od roku 1991 pracuje jako fotoreportér a  více než dvanáct let působí v redakci novin Dziennik Zachodni v Katovicích. V současné době také studuje na Institutu tvůrčí fotografie Slezské univerzity v Opavě.
    Fotograf získal ceny v národní Soutěži polské tiskové fotografie v letech 1998 a 2003, cenu BZWBK Pressfoto v letech 2005 a 2006, hlavní cenu firmy Bayer v soutěži Ekologie v objektivu 2003 a regionální ocenění v soutěži Slezské tiskové fotografie v letech 2004, 2005 a 2006. 
    Arkadiusz Gola vystavuje doma i v zahraničí, je rovněž držitelem titulu Novinář roku Dziennika Zachodniego 2003.

 Foto2  Foto 1  Foto 4   
(ko)

Foto Eva Kotarbová: 1.  Jan Rywik, ředitel  Domu kultury Poklad, 2. fotografie z výstavy, 3. autor snímků A. Gola, 4., 5., 6. fotografie z výstavy 


Pozn. :
V rámci doprovodného programu Techné Ostrava 2008  se uskutečnily dvě exkurze, jedna z nich seznámila účastníky festivalu s více než staletou gobelínovou manufakturou ve Valašském Meziříčí, která je centrem tradičního tkalcovského řemesla, a také s výrobou
sklárny Crystalex, a. s., v Karolince u Vsetína, kde  se sklářství věnovali rovněž už v 19. století. Fotografie z gobelínky.


Vloženo 15. 10. 2008






Pomysły na polonistykę 

    OSTRAWA – O trosce, jaką roztacza nad ostrawską polonistyką dziekan Wydziału Filozoficzego doc. Eva Mrhačova świadczyło wczorajsze spotkanie nauczycieli akademickich tego kierunku poświęcone podniesieniu jakości nauczania na wszystkich typach studiów języka polskiego Uniwersytetu Ostrawskiego.
    Przede wszystkim dziekan E. Mrhačova poinformowała o decyzji władz uczelni, iż wszyscy zainteresowani podjęciem studiów licencjackich w kombinacji język polski i inny przedmiot (przykładowo -  polski i psychologia), na które zgłoszenia  przyjmowane są do 28 lutego 2009 roku, zostaną przyjęci bez rozmowy wstępnej, tylko na podstawie przedłożenia świadectwa maturalnego. Dla zainteresowanych jednokierunkowymi studiami polonistycznymi przygotowany jest prosty test pisemny.
    Omawiano następnie możliwe formy propagowania ostrawskiej polonistyki. W nawiązaniu do już otwartego kierunku „Polski w biznesie”powiedziano, że Wydział Filozofii zapoczątkował współpracę z Czesko-Polską Izbą Handlową, mówiono o szerzeniu informacji o studiach polonistycnych na targach szkół wyższych, o możliwościach, które studia oferują studentom, jak korzystanie z semestralnych pobytów w ramach programu „Erasmus” na uniwersytetach i szkołach wyższych we Wrocławiu, Poznaniu, Katowicach, Krakowie, Bielsku-Białej, Łodzi ale także w Tallinie, Wilnie i Preszowie. Mówiono o możliwości organizowania objazdów studyjnych po Polsce – Możliwe jest zrealizowanie objazdu  drogą ośrodków akademickich oraz zabytków polskich przez Kraków, Gdańsk, Wrocław, Poznań – zauważył prof. Daniel Kadłubiec.  
    Kadra pedagogiczna zastanawiała się nad rozszerzeniem oferty dla studentów o warsztaty literackie i dramatyczne, czy podkreślenia wagi konferencji naukowych oraz „Dni z tłumaczeniem” dających asumpt młodzeży do podejmowania samodzielnych tematów badawczych. Rozważano kwestię włączenia się polonistyki w organizowanie finałów konkursów recytatorskich w języku polskim.
    Ustalono, że pora odnowić kontakty z Zaolziem. Sugerowano urządzenie spotkania polonistów wszystkich typów szkół średnich oraz najlepszych, a interesujących się polszczyzną, uczniów celem omówienia współpracy oraz pokazania nowoczesnego zaplecza technicznego Uniwersytetu (przykładowo laboratorium do ćwiczeń tłumaczenia symultanicznego, oprzyrządowania sal wykładowych i biblioteki).

Martyna Radlowska-Obrusnik

 Vloženo 15. 10. 2008






Mokate a jeho paní

Závod v Istroni Věž Balírna 1

    Když s ní mluvíte při představování, máte dojem, že jste ji plně zaujali. Dívá se člověku zpříma do očí, v kterých svítí ohýnky temperamentu, a široký úsměv doprovází každé její slovo. Taková je na první pohled majitelka a předsedkyně představenstva skupiny firem Mokate - paní Terasa Mokrysz. Vlastně… zaujmeTeresa Mokrysz také svou štíhlou postavou, účesem i oblečením, které ji činí o hodně mladší.
   Bylo příjemné setkat se s ní při nedávné studijní cestě členů ostravského Syndikátů novinářů, která se konala pod záštitou Generálního konzulátu Polské republiky v Ostravě koncem září 2008 s cílem zprostředkovat zájemcům v České republice hlubší poznání země sousedů a její úspěchy i na „poli“ kulturním a hospodářském. 
   Majitelka firmy novináře přijala nejdříve v závodě v Ustroni a pak v dalším, novějším, který se nachází ve městě Żory. Hned na počátku setkání uvedla, že rodinné kořeny jejího muže jsou vlastně v Česku, v Dobré u Frýdku-Místku, kde žil dědeček jejího manžela, uznávaný velitel požárníků.  
    Mokryszovi podnikali již kolem roku 1900 v Goleszowe u Těšína, kde vlastnili nejdříve obchod, restauraci a posléze i betonárnu. Největších podnikatelských úspěchů ale dosáhla rodina Mokryszů  až o tři generace později, poté, kdy paní Tereza převzala firmuBalírna 2 svého muže a dala jí název Mokate, což je vlastně skládačka ze jmen Mokrysz, Kazimerz (jméno manžela) a Tereza.  Tehdy se v ní pak přešlo od výroby drobného potravinářského zboží (slané tyčinky, dortové želé) k sušené smetaně do kávy (u nás dobře známá Carmen) a ke cappuccinu, které bylo v 90. letech velkým hitem milovníků nejlepších nápojů. Produkce Mokate Cappuccina vynesla firmu do pozice uznávané špičky výrobců potravinářských produktů doma i v Evropě.
    Teresa Mokrysz prozradila: ,,Počet zaměstnanců jsme v několika uplynulých letech zvýšili ze sta  na Balírna 3tisíc dvě stě lidí. Máme nyní moderní výrobní linky, vysoce automatizované a řízené počítači. Export v současnosti dosahuje 35 procent. Mokate dodává své výrobky do 60 zemí světa. Jedná se buď o polotovary nebo jedinečný sortiment hotových produktů.“
    Pro Mokate (s pobočnými firmami např. v ČR, na Slovensku, v Maďarsku a na Ukrajině) je ale nejvíce důležitá bezkonkurenční pozice na polském trhu. Majitelka firmy připomněla, že Mokate získalo nezbytné certifikáty jakosti a ceny, které jsou určeny licencovaným výrobkům. Dnes se vyrábí kromě cappuccina a sušeného mléka rovněž káva, lahodný čaj s příměsí alkoholu a čokoláda aj.
   Terasa Mokrysz získala v roce 2000 ocenění od nadace The International Foundation for Women’s Entrepreneurial Spirit z Los Angeles  a tím i titul  „The most entrepreneurial woman of the world" („Nejlepší podnikatelka světa“). Paní Teresa vzpomínala, že když si pro cenu přijela, neměla kolem sebe žádné manažery, kteří by organizovali její pobyt a starali se o ní. Některé velké a značně bohaté podnikatelky nechápaly, že s sebou neměla například kadeřnici a garderobiérku.
 Agneiszka, Teresa, Sylvia    Je zajímavé, jak ji přijal mužský svět podnikatelů.
    „Z počátku, když za mnou přijeli pánové podepisovat kontrakty, např. Holanďané,  Němci, tak se na mne  dívali jako na hloupoučkou blondýnku… No, začátek je asi vždycky takový, že se společenství mužů diví. Hlavně někteří, ale mnozí se chovají velmi taktně...  Nyní to je už jiné, ovšem  někteří muži dobře skrývají svoje překvapení, ale… potom,  po tříhodinové debatě, už nikdo nepřemýšlí, kdo je žena, kdo je muž, ale myslí se jenom na to, jak byl kdo úspěšný. Nakonec je důležité to, co člověk umí.“ 
    Přemýšlí paní Teresa už dnes o vzdálené budoucnosti firmy? Samozřejmě. Proto jsou do vedení závodů zapojeny i její děti: syn Adam (i s manželkou) v Żorech a dcera Sylvia v Ustroni. Úspěšná polská podnikatelka k tomu poznamenává, že už se těší na dobu, kdy jim všechno předá a kdy k nim bude chodit  pouze na cappuccino. Rychle však při našem setkání dodala: ,,To bude ale až za dlouho!“ Výraz její tváře opět ovládl úsměv, na který musíte odpovědět stejným, a přitom nelze nedodat přání, aby se stále dařilo jejímu podnikání, které pro dvanáct stovek zaměstnanců Mokate zajišťuje existenční jistotu. Konečně,  domnívám se, že to  byl jeden z důvodů, proč Teresa Mokrysz získala kromě jiných ocenění za svou práci i  Zlatý kříž za zásluhy, udělovaný polskou vládou. 

  Adam a Teresa Agnieszka a Ivana  Jerzy, Petr a Martina

Text a foto: Eva Kotarbová

Foto:
1., 2.  -  závod v Ustroni, 3. - balírna, 4. - Teresa Mokrysz, 5., 6. – balírna, 7.  – zleva: konzulka Agnieszka  Fedorów-Skupien z Generálního konzulátu PR v Ostravě,  Teresa Mokrysz a její dcera Sylvia, 8. – paní Teresa a zcela vlevo její syn Adam, 9. - zleva: konzulka Agnieszka  Fedorów-Skupien, předsedkyně Syndikátu novinářů v Ostravě Ivana Šuláková naslouchají výkladu zaměstnance Mokate, 10. - Jerzy Chrystowski, poradce představenstva firmy Mokate,  s ostravskými  novináři Petrem Bohušem a Martinou Radlowskou-Obrusnik, za nimi výstavka firemních ocenění.
                                                                                              

Další fotografie ze studijní cesty  Syndikátu novinářů Ostrava do Polska, září 2008


Vloženo 2. 10. 2008







XVI ŚWIATOWE FORUM MEDIÓW POLONIJNYCH

 „Wyspa gorąca” czyli błogosławieństwo i przekleństwo Kubańczyków

    Agnieszkę Buda-Rodriguez spotkałam na XVI ŚFMP w Tarnowie. Historia jej życia jest wręcz fascynująca. Urodziła się w Skalbmierzu koło Krakowa. Buda-RodrigezUkończyła filologię polską w Kielcach. Wyszła za mąż za Kubańczyka i po kilku latach wyjechali na Kubę. W Hawanie mieszkała 23 lata. Tam studiowała na Wydziale Nauk Humanistycznych i Literatury Hiszpańskiej Uniwersytetu Hawańskiego, następnie pracowała jako tłumacz w Ministerstwie Przemysłu Cukrowniczego. Jednocześnie uczyła języka polskiego w szkole przy Ambasadzie RP w Hawanie, tłumaczyła także literaturę piękną. W 1993 roku w dramatycznych okolicznościach – bez wdawania się w szczegóły mówi - przeniosła się do Kanady. W Toronto współpracowała z wieloma mediami polonijnymi, m.in. ze “Związkowcem”, „Głosem Polskim”, „Dziennikiem” a ostatnio „Gońcem”. Dwukrotnie otrzymała nagrody w konkursie literackim „O złote pióro”, organizowanym przez torontońską „Gazetę”. W 2003 roku zdobyła I nagrodę a w 2004 i 2005 roku prestiżowe Grand Prix w konkursie „Powroty do źródeł” organizowanym przez Małopolskie Forum Współpracy z Polonią w ramach Światowego Forum Mediów Polonijnych.
  ,,Od trzech lat mogę już wracać na Kubę i z radością zostaję tam na maksymalnie długo, czyli trzy miesiące," wyznaje rozpoczynając wywiad Agnieszka.

    Oczywiście tak by się nie działo, gdybyś bardzo nie kochała tej „wyspy gorącej”....
    ,,Tak, cały czas tęsknię za Kubą. Trudno się dziwić spędziłam tam kawał swego życia. Kiedy przeniosłam się do Kanady, to pierwsze lata pobytu były dla mnie bardzo trudne, bo cały czas tylko wspominałam tę słoneczną, piękną wyspę. Z nostalgii zaczęłym pisać o Kubie i mam w tej chwili wydane na jej temat dwie książki „Kuba, daleka, piękna wyspa” oraz „Randka w dolinie Mogotów”. A to, że mogę  na nią wracać przyjmuję jako przychylne zrządzenie losu. Możliwość porównania tego, jak było i jak jest, jak ludziom się teraz żyje, a  jak żyło się dawniej."
    Stopniowo reżim Fidela Castro popuszcza cugli. Jak to ludzie odbierają, jak Ty widzisz te przemiany?
   ,,Kiedy po raz pierwszy po 12 latach przyjechałam na Kubę doznałam bardzo złożonych uczuć. Z jednej strony widziałam wszystko jeszcze gorzej niż zauważałam to dawniej. Brudniejsze, bardziej stare i rozsypujące się budynki, ulice, miasta. Natomiast jak zaczęłam się przyglądać w jaki sposób ludzie żyją, to okazało się, że mają troszczkę poluzowane i jest im trochę lepiej. Szczególnie teraz w ostatnim roku, od kiedy Raul Castro jest u władzy. On stara się przypodobać ludziom. Zdaje sobie sprawę, że jego władza zależy od ludu. A władzę kocha tak samo, jak jego brat i zrobi wszystko, żeby ją utrzymać. Idzie małymi kroczkami do przodu, luzuje. W praktyce to oznacza, że dla jednych jest lepiej, zaś dla innych gorzej."
     Jak to rozumieć?
    ,,Dla tych, którym rodziny przesyłają dewizy z zagranicy jest lepiej, bo mogą za nie kupić wszystko, co im jest potrzebne. Ponieważ w tej chwili Kubańczyk może mieć i wydawać dewizy. Dawniej nie mógł. Dawniej za posiadanie jednego dolara groziło mu osiem lat więzienia. W tej chwili może wejść do sklepu dewizowego. Nie jest już od progu dyskryminowany. Nie mówi mu się, że JEMU to nie wolno. Ale co mają robić ci, którzy tych dewiz nie mają? Nie mają szans na ich zarobienie ani nie mają rodziny za granicą? Ci mają się bardzo biednie, bo za pieniądze kubańskie w tej chwili jest o wiele mniej do kupienia niż dawniej. Czyli jest to proces bardzo złożony, bo z jednej strony są ulgi, a z drugiej strony te same ulgi powodują to, że ludziom jest gorzej."
   To przypomina czasy kryzysu gospodarczego w socjalistycznej Polsce i  „komercjuszków”, czyli sklepów gdzie było mięsa i wędlin pod dostatkiem, ale za ceny komercyjne... Jak trzyma się system kartkowy na Kubie?
     ,,W tej chwili system kartkowy właściwie nie działa, bo na kartki nie za bardzo jest co kupić. Raul wprost powiedział, że kartki zostaną zniesione. Jak sobie to rząd kubański wyobraża, nie wiem, bo przecież  w sklepach w wolnej sprzedaży nie ma prawie nic. Natomiast olbrzymi krok do przodu jest w towarach spożywczych. Jak mieszkałam na Kubie nie było możliwe, by w mieście orzeźwić się wodą. Jeśli już jakąś się znalazło to była .... ciepła. Taki klimat. W tej chwili jest bardzo dużo kiosków i bardzo dużo żywności. Prywaciarzom zezwolono na kupowanie żywności od farmerów i sprzedaż w miastach. Handlują i za peso i za dewizy. Z tym, że zaznaczam, że tendencją jest, że artykułów za peso jest coraz mniej. "
    My w Europie Środkowej mało wiemy o kuchni kubańskiej. Przecież rum, trzcina cukrowa i liście tytoniu nie tworzą jadłospisu Kubańczyków...
   ,,Kubańczycy bardzo lubią mięso. I dziwne, bo powinni lubić ryby, ale one nie cieszą się wielkim wzięciem. Toteż bardzo smaczne ryby można na Kubie tanio kupić. Kubańczycy uwielbiają wołowinę (której prawie nie ma), jedzą kurczaki (które można dostać w popularnych tawernach), robią wyśmienite sery."
    Z tego co mówisz wynika, że zdrowy ekonomicznie trzon wyspy jest na wsi, a w miastach może widać światełko, ale na razie w sypiącym się ze starości tunelu...

    ,,Tak to na pierwszy rzut oka wygląda. Przeważnie jeżdżę do Hawany, która jest zazwyczaj nieźle zaopatrzona przez system lokalnych targowisk. Chciałabym też powiedzieć o sprawie młodych Kubańczyków, którzy by chcieli żyć jak wszyscy młodzi na świecie. Dla nich też otworzyły się nowe możliwości. Ponieważ już można mieć internet na Kubie. Dawniej było to zabronione. W tej chwili można go mieć i nawet za peso. Z tym, że ograniczony jest do połączeń wewnątrzkubańskich. Jest omawiany projekt dopuszczający wyjazdy do rodzin poza krajem – to byłby olbrzymi krok do przodu, bo dotychczas wyjazdy były drakońsko reglamentowane. Trzeba było dodatkowo opłacić Kartę Pozwolenia Wyjazdu i to w dewizach tzw. dolarach kubańskch – CUC - mających formalnie równowartość euro. I kogo na to było stać?  I nawet jak się zdobyło te pieniędze i wystąpiło o tę Kartę, to nie oznaczało jej uzyskania. Więc gdyby ten projekt wszedł w życie, to rzeczywiście byłoby odczuwalne poluzowanie. Raul w każdym razie to zapowiedział i zapowiedział, że zostanie to wprowadzone w życie.
    Kubański ustrój w swym zasadniczym zrębie przypominał ustrój ZSRR z lat 60-tych. Jego cechą zaś była separacja między mieszkańcami i obcokrajowcami. Jak to było, jak to teraz jest – czy te grupy już mogą się bez dozoru spotykać?
    ,,To było i dalej jest. Nie da się powiedzieć, żeby w tej sprawie sytuacja się  pogorszyła, ale powstały nowe warunki. Dawniej odwiedzali Kubę cudzoziemy z obozu socjalistycznego, na których jednak patrzono przez palce. W tej chwili są turyści, którzy rezydują we wspaniałych wydzielonych rezydencjach hotelowych zwanych resortami, do których to Kubańczyk absolutnie wstępu nie ma. Tubylec nie ma prawa wejść do hotelu, w którym są cudzoziemcy. A tam jest wszystko- jedzenie, jakiego dusza można zapragnąć, napoje, owoce – wszystko. Ale nie dla Kubańczyków. Podobno ma wejść przepis, że Kubańczycy w niektórych określonych hotelach będą mogli rezerwować sobie pokoje. Kogo będzie na to stać – też nie wiadomo, bo doba hotelowa średnio kosztuje 100 CUC. Ale myśl się pojawiła.... I ludzie na tę chwilę też czekają."
     System castrowski nosił w sobie silne elementy indoktrynacji młodzieży. Czy w tej sprawie coś się teraz zmieniło?
   ,,Niestety  nie zmieniło się. Młodzież nadal ma pranie mózgów. Moim sąsiadem w Hawanie był student II roku elektroniki. On na przykład nie ma nieskrępowanego prawa do kubańskiego internetu, jedynie na parę godzin za pomocą specjalnej karty może z niego korzystać. W dodatku musi czekać w kolejce innych pragnących sobie poserfować. A przecież chodzi o informatyka.W styczniu studenci mieli spotkanie z prezydentem Ricardo Alarkonem sprawującego pieczę nad sprawami wewnętrznymi. Studenci zadawali mu pytania – o internet, dlaczego nie mogą wyjeżdżać itd. On odpowiadał tak, jakby uważał ich za ciemną masę. A przecież to są osoby o otwartych umysłach i żądne wiedzy. Młodzież kubańska jest taka, jak na całym świecie. Sąsiad przychodził do mnie i wypytywał jak żyją jego koledzy w Kanadzie  i Europie. Słyszał, że organizuje się obozy studenckie, a na Kubie nie ma nic takiego;  słyszał, że studenci mogą zarabiać na brygadach – też nie ma tego na Kubie. Są kluby studenckie, ale niewiele wśród nich tych, które wpuszczają za peso, wiele żąda opłaty w dewizach. Skąd student ma je mieć???
    Jest jak widać na Kubie jest mnóstwo dziwnych sprzeczności nie licujących z tym, co się mówi. Fakt Kubańczycy otrzymują darmowe wykształcenie, tylko tyle, że ma ono ogromne limity."
      A czy możesz postawić prognozę rozwoju sytuacji na Kubie?
    ,, Reżim agonizuje i to w dosłownym sensie tego słowa. Właściwie nie wiadomo w jakiej kondycji jest i czy w ogóle jeszcze jest Fidel Castro. To jest otoczone ogromną tajemnicą. Różnie się mówi na ten temat. Jego brat Raul próbuje coś zrobić, by się utrzymać u władzy. Na jak długo te starania starczą? Czy jak reformy wejdą w życie, to ludzie się nie zbuntują? Każdy z Kubańczyków choć buntuje się na wewnętrzny użytek, to zdaje sobie sprawę, że jest na wyspie i bardzo łatwo jest zlokalizować ogniska niezadowolenia. Pozamykać sprzeciwiających się. Nie sądzę, żeby nastał zryw sprzeciwu. Raczej powoli, małymi krokami sytuacja będzie się reformować. I wtedy nareszcie zaświeci im zielone światełko, czego ogromnie im życzę. "

RozmawiałaMartyna Radlowska-Obrusnik
Zdjęcia. Agnieszka Buda-Rodriguez
Fot.: M. RADŁOWSKA-OBRUSNIK

Vloženo 1. 10. 2008






Aktor, reżyser, scenarzysta Jerzy Stuhr
W drodze do nieskrępowanej twórczości

    Trzecią sztuką prezentowaną na śląskoostrawskim zamku w ramach „Uroczystości Szekspirowskich” był „Ryszard III” autorski spektakl Jerzego Stuhra przedstawiany przez zespół Teatru Ludowego z Krakowa. Przed spektaklem wraz z innymi redakcjami regionu zapytaliśmy przedstawiciela głównej roli:
    Jest pan aktorem, reżyserem, scenarzystą, która z tych ról najbardziej pana pociąga?
 Stuhr 1  Twórczość w ogóle. To, że raz się czymś zajmę jako aktor, raz jako reżyser, a raz jako scenarzysta. Chodzi o inspirację – widząc coś mówię »O! - to się nadaje na film, z tego trzeba by zrobić przedstawienie teatralne, to jest typowe do telewizji!« . W taki mniej więcej sposób klasyfikuję. I już w myślach zaczynam pracować, obrabiać materię rzeczywistości, to jak ją przedstawić. Jeśli chodzi o film, to interesuje mnie tylko ten autorski – samemu napisać, samemu wykonać. W swoim aktorstwie jestem  zwolennikiem transformacji. Im dalej postać ode mnie, jako człowieka, tym mi się bardziej podoba. W filmie – odwrotnie. Łatwo zauważyć, że nie gram w filmach historyczych, ani kostiumowych.
   Jak w to wpisuje się praca pedagogiczna? Od wielu lat jest pan rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie.   
    Tę pracę traktuję najpoważniej w życiu. W aktorstwie raz coś wyjdzie lepiej, raz gorzej, można się pomylić, ale szkole o pomyłkach nie może być mowy. Słuchają mnie bowiem młodzi ludzie, biorąc moje słowa za wyrocznię. Potrzebuję więc  tam największego skupienia i energii. To mówię po wielu latach pedagogicznego doświadczenia. Jak nie przekażę im swojej energii – to młodzi mi tego nie oddadzą. I przyznaję, że coraz trudniej jest mi być pedagogiem. Bo przy prawdziwym wykładaniu aktorstwa trzeba się spalać, o co z wiekiem coraz trudniej. A więc, przykładowo idę na wydział reżyserii, by sobie intelektualnie pogadać...Uczę też na Uniwesytecie Śląskim w Katowicach. W zeszłym roku otrzymałem nawet Doktorat Honoris Causa tej uczelni. Śląsk jest mi bardzo bliski.
    Ale jest pan na stałe związany z Krakowem?

    Urodziłem się w Krakowie, nigdy go nie opuściłem. Tu była moja szkoła, polonistyka na Uniwersytecie Jagiellońskim, Szkoła Teatralna,  teatr. To miasto Stuhr 2mnie wykształciło, dało mi najpiękniejsze chwile jako aktorowi. W latach 70 -tych pracę w Teatrze Starym pod kierunkiem Andrzeja Wajdy i Konrada Swinarskiego. To była potęga! To wszystko mnie uformowało. Z natury nie jestem podróżnikiem, ale tak się potoczyły losy, że hotel stał się moim ulubionym miejscem. Teraz kończy się moja wieloletnia kadencja rektorska. Dziś zaczynam urlop i za miesiąc zdaję funkcję w szkole. To może teraz mi się życie zmieni?...
    Jak się polskiemu aktorowi gra w filmach zagranicznych?
    Różnie – zależy od tematyki. Ogólnie – ciągle mam poczucie lekkiej obcości, świadomości, że obcy język nie jest moim. Kiedyś rozmawiałem z wielką aktorką Liv Ullman. Rozmawialiśmy na temat przeze mnie postawiony, że w nieswoim języku trudno jest wyrazić uczucia. A ona powiedziała wtedy: - Wie pan co? Całe życie żałuję, że zawsze – Kocham cię – musiałam mówić po szwedzku, a nie po norwesku. W filmie obcym – spełniam się do pewnego momentu.   
    Czy  faktu, że w Ostrawie będzecie „Ryszarda III” grać po polsku nie odczuwa pan jako bariery w kontakcie z widownią?
    Myślę, że bliskość naszych języków jest wyraźna. Zmusi to mnie i nasz zespół do bardziej wyrazistego sposobu ekspresji. Dużo się nagrałem na obcych scenach dla obcej publiczności -  by dotrzeć do obcego widza, trzeba wzmóc ekspresję.
    Jak układa się pańska przygoda z Szekspirem?-
    Ta fascynacja zaczęła się u Andrzeja Wajdy, kiedy w jego reżyserii w 1982 roku w Teatrze Starym zagrałem tytułową rolę w „Hamlecie”.  A dodam, że „Hamleta” uważam za największą sztukę w dziejach i myślę, że z odstępem czasu o wiele lepiej mi się o nim mówi, niż go wtedy grałem. Następna przygoda nastała w Teatrze Ludowym w latach 80 -tych z komediami Szekspira.   
    Miałem więcej odwagi przystąpić do komedii. Było to „Poskromienie złośnicy”, które miało ogromne powodzenie wśród młodzieży, potem były „Wesołe kumoszki z Windsoru” i dopiero odważyłem się zrobić „Makbeta”. Ten spektakl nawet wywieziono do Edynburga – jakby drzewo do pojchało do lasu... Tam odniósł duży sukces.    
   To wszystko były przedstawienia dzisiaj pewnie nazywane alternatywnymi – poszukującymi, z młodą bardzo obsadą.. Dopiero „Ryszard III” jest przedstawieniem dojrzałym, z atrybutami szekspirowskimi, jak okrucieństwo, psychologiczna głębia i ogromne namiętności. Jest - powiedzmy też – mocno wyadaptowany. Mnie tylko interesował Ryszard i to, jak on zdobywa władzę, ile tej sprawie poświęca swego człowieczeństwa, humanizmu i potem, jak nie umie jej sprawować. Bo ledwie ją dostaje – od razu mu się wszystko wali i przygniata go straszliwa samotność. Sztuki, o których mówię, w swoim czasie  wychodzą na przeciw moim rozterkom życiowym. Odpowiadają na pytanie o to,  gdzie życie nas prowadzi. To zawsze jest temat, który rodzi się we mnie, a dopiero potem dobieram sztukę.
    Czy marzy pan o jakimś scenariuszu?
    W filmie zawsze chcę wyrzucić z siebie to, co mam do powiedzenia o świece, o tym co mnie boli, czy złości. Jednak takie tematy rodzą się rzadko. Napisanie takiego scenariusza zajmuje dużo czasu. Teraz nad jednym pracuję. Po raz pierwszy chcę zrobić czystą komedię, aliści pokazującą losy Polaka od II wojny światowej, po czasy współczesne, coś ze szkoły Andrzeja Munka.
    Dlaczego pan jest aktorem i reżyserem jednocześnie. Czy to oznacza, że w pierwszym przypadku nie może pan znaleźć tak doskonałego aktora, a w drugim najlepiej się panu pracuje pod własnymi wskazówkami?
    Tu trzeba odróżnić pracę w filmie i w teatrze. Jeśli chodzi o film – to trochę pani ma rację. Przynajmniej jednego aktora mam z głowy. Wiem jak zagra, że spełni moje oczekiwania. Tak, jest trochę w tym wygody. Z drugiej strony w filmie podejmuję tematy tak osobiste, że pytam się kto to ma za mnie zrobić? Jak ja chcę opowiedzieć coś od siebie o świecie, to co Bogusława Lindę mam zaangażować?
    Co jest pana największą pasją?
    To właśnie scenariusz. Jak go kończę, to mam moment zaskoczenia i smutku, że to już się skończyło. Dla mnie największa przygoda to pisanie. Ze wszystkich moich kontraktów, które podpisałem najbardziej byłem dumny z pierwszego jako scenarzysty na „Historie miłosne” – tego, że ktoś mi zapłacił za moją myśl, a nie tylko za to, że umiem sztuki różne wyczyniać. To było jedno z moich największych przeżyć. Ten kontrakt do tej pory mam schowany w szufladzie.
    Czy ciąży panu popularność?
  
Im się jest starszym, tym coraz gorzej żyje się z popularnością. Wypracowałem sobie na nią metodę – uciekania, kluczenia, znikania, unikania miejsc publicznych. Trudno, nie narzekam – tak się stało. Oczywiście z popularności płyną ogromne profity, przede wszystkim to, że praca jest doceniana i zauważana.
    Jaki pan ma stosunek do krytyków?
    Muszą być. Przyznaję, że wielokrotnie ich obrażałem mówiąc im – Dobrze pan może to opisywać, ale pan tego nie potrafi zrobić.  W czasach mojej młodości byli inni krytycy, surowi, ale zawsze po naszej stonie, czuli się członkami młodego teatru, filmu. A teraz są jakby naszymi wrogami. Mam uczucie, że gdyby krytyk był władny to by odebrał mi i dyplom i pozbawił zawodu. Pracuję nad sobą, by być ponad to.  Mój monodram „Kontrabasista” był przyjmowany średnio, nawet chłodno przez krytykę. A ja go gram 17 lat! W sumie ponad 700 przedstawień! I gdzie ten krytyk jest? Moja rada na krytyków jest  jak ze Szwejka – przeczekać ich. Oni znikną a my będziemy dalej.
    „Seksmisja” też przyjmowana była jako krytyka systemu...
   Wtedy tak. To miało jakieś znaczenie, nie tylko jak dzisiaj absurdalne. I tak było to postrzegane we wszystkich krajach bloku wschodniego. Była to przenośnia absurdu, w którym żyliśmy. Ale z tym zamiarem tego nie robiliśmy. To była nasza zabawa. Bo tylko z naszej zabawy wyniknęło i to, że ludzie w kinie się bawią. Pamiętam, że to był trudny dla nas okres – stanu wojennego w Polsce – żołnierz rano odpinał kamerę z łańcucha, bo kamera to był przedmiot strategiczny! - a my wesoło mieliśmy dalej opowiadać swoją historyjkę. To wymagało dużo samozaparcia, by wzbić się na lekkość dowcipu w tamtych czasach, ale przy Machulskim to idzie.
    Wielu aktorów, także polskich po osiągnięciu pewnego pułapu pracy zawodowej  zaczyna drugie życie, a to otwierając restaurację, handlując winem...
    Chciałbym, chociaż w połowie wyprodukować swój przyszły film. Nie bierze się to z chęci zrobienia biznesu, tylko żeby wreszcie być wolnym, żeby mi nikt nie powiedział – to skreśl, tamto wróć czy to nie jest  tak. Przecież ja ciągle jestem pod jakimś pręgierzem cenzorów wewenętrznych – a to w telewizji, a to w kinematografii w Polskim Instytucie Filmowym. Bez przerwy mnie ktoś ocenia, krytykuje. Przy czym często są to ludzie nie na miarę tego, co ja bym chciał powiedzieć. A więc powiedziałem sobie – Boże, żeby już nikt mi nie brzęczał nad uchem...
    Trzymamy kciuki.
Text a foto: Martyna Radlowska-Obrusnik
Vloženo 1. 9. 2008







Dariusz Władysław Żabiński vystavoval v Rožnově p. R. v galerii Na radnici

     Už po druhé vystavoval šremský fotograf Dariusz Władysław Żabiński (nar. 1953 ve Śremu),Foto a báseň fotograf, básník, aforista, prozaik, ale především velký milovník Zabinskipřírody, své fotografie v Rožnově pod Radhoštěm (do 1. 9. 2008); poprvé v roce 1999 v rožnovské Městské knihovně, letos v galerii Na radnici. Výstava měla charakteristický název „Bratříčci – moje fotografie o zvířatech“. Fotografie i tentokrát vypovídaly o vášni k přírodě, kterou dokáže Dariusz Żabińsky citlivě vnímat, ale také o jeho umění fotografickém, kdy pomocí tvůrčí alchymie ve fotokomoře vytváří snímky plné vášně a dynamičnosti. Jeho fotografie jsou známy v Kanadě, Německu, Anglii, Rakousku, Maďarsku a samozřejmě i v Polsku, ve sbírkách Muzea Śrem se nachází vůbec největší soubor jeho fotografií (70). Získal mnoho prestižních cen; za fotografii „Żaba“ získal v nejprestižnější fotografické soutěži na světě cenu BBC.  
    „Fotografiemi Dariusza Władysława Żabińského jsme navázali spolu s městem Rožnov pod Radhoštěm na celoroční program výstav v galerii Na radnici,“ sdělila ředitelka T klubu – kulturní agentury Lenka Vičarová. „Tentokrát snímky, které představují faunu a flóru družebního polského města Śrem.“
   „Děkujeme, že můžeme v Rožnově prezentovat naši kulturu,“ uvedl ředitel Muzea Śrem pan Mariusz Kondziela, který se účastnil zahájení výstavy spolu s pracovnicí Muzea Śrem paní Barbarou Jahns. „Výstava je jakýmsi naplněním snahy po integraci Evropské Unie. Fotograf Dariusz Żabińsky je původním povoláním lesník, jeho neobyčejný vztah k přírodě v něm vzbuzuje velké emoce. Tráví v přírodě velmi mnoho času a fotografuje všechno, co jeho citlivé oko zaujme. I v současném digitalizovaném světě vše snímá klasickou, nikoliv však archaickou fotografickou technikou. Fotografie dotváří ve fotokomoře a jeho snímky tak často jako by předbíhaly současnost. Tím hlavním v jeho fotografiích jsou vždy zvířata a rostliny.“

Richard Sobotka

Foto: 1. Autor, 2. Fotografie a poezie Dariusza  Żabińského

Vloženo 29. 8. 2008







                                                                                                                                                Warto przypomnieć!

Komunikat i racja stanu

     Jak co dzień oczekuję wieczorem ważnych wiadomości. Ważnych dla mnie i dla innych. Nie wiem, który z kolei raz słyszę, że odchodzą ludzie nieprzeciętni, samotni, obdarzeni talentem lub nie. Słucham i nie wierzę: zmarła Anka Kowalska. 
Kowalska   Anka Kowalska (właściwie to Anna), córka Jerzego Kowalskiego i Zofii Gębickiej urodziła się w Sosnowcu 22 lutego 1932 roku. W czasie II wojny światowej przebywała w Sosnowcu (do 1940 r.), a potem na wsi pod Olkuszem. Po wojnie rozpoczęła naukę w II Liceum Ogólnokształcącym im. Emilii Plater w Sosnowcu, a maturę zdała w 1950 w liceum w Będzinie.
    Skończyła polonistykę w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jeszcze jako studentka publikowała wiersze w Słowie Powszechnym. W 1956 roku przeniosła się do Warszawy i zaczęła pracę jako dziennikarka. Pisała dla wydawnictwa PAX, a w latach 1960-68 należała do Stowarzyszenia PAX, ale wystąpiła z niego protestując przeciwko stanowisku stowarzyszenia wobec wydarzeń marcowych.
     Działała w opozycyjnej organizacji Komitet Obrony Robotników, gdzie redagowała Komunikat i współpracowała z Komisją Redakcyjną. Udzielała się w  "Solidarności". Była internowana od 13 grudnia 1981 do 1 czerwca 1982 roku. Przebywała wtedy w m.in. obozach w Gołdapii i w Darłówku.
    Wiersze z obozu internowanych (1983) jej autorstwa publikowano w drugim obiegu, a tom Racja stanu (1985) wydało podziemne wydawnictwo Solidarności Walczącej. Pisała do pism Puls, Zapis, Biuletyn Informacyjny oraz do paryskiej Kultury. Współpracowała też z Polskim Radiem i z Gazetą Wyborczą.
     Powieść Anki Kowalskiej Pestka (1964) została przetłumaczona na pięć języków, a w 1995 roku Krystyna Janda nakręciła na jej motywach film. Był to reżyserski debiut aktorki, która zagrała też w obrazie główną rolę. Powieść opowiada o czterdziestolatce, która wdaje się w romans z żonatym mężczyzną, co stawia obydwoje w obliczu dramatycznych życiowych decyzji.
    Kowalska wydała m.in. tomiki poezji "Credo-najmniejsze" (1960), "Psalm z doliny" (1969) i Spojrzenie (1974). Otrzymała wiele nagród: nagrodę młodych im. Włodzimierza Pietrzaka (1959 ), za cykl felietonów krytycznoliterackich w "Kierunkach" pt. Tym, którzy czytali,  NagrodĘ Peleryny na Ogólnopolskim Festiwalu Studentów w Gdańsku (1961, za tom poezji Credo najmniejsze),  nagrodę POLCUL Foundation – Niezależnej Fundacji Popierania Kultury Polskiej w Sydney (1982). 
    Anka Kowalska nawet nieprzyjemne wydarzenia umiała przerobić na pogodne. Na początku KOR-u spotkała przed furtką swego domu dwoje znajomych ludzi. Uznała, że to są osoby, którym KOR pomagał. - Przepraszam - powiedziała - ale muszę lecieć na zebranie KOR-u. - Nie, pojedzie pani z nami na komendę - odpowiedziała owa para. Okazali się funkcjonariuszami SB. Kowalska znała ich twarze, ale z rewizji w swoim mieszkaniu. Jak wyszła, to opowiadała to wszystkim naokoło, parodiując i siebie samą, i owych funkcjonariuszy. KOR rewolucjonizował wszystkim życie prywatne. Nie można było mieć w domu prywatnych listów. Nie można było normalnie rozmawiać. Nie można było sobie nic prywatnego notować. To dla pisarki Kowalskiej było trudne do zniesienia.
    Żyła za grosze. Jadała głównie biały ser, żółty ser i jajka. Masę czytała - ale książki wypożyczała w miejskiej bibliotece. Umiała ugotować jedną potrawę - fasolę po jugosłowiańsku. Zaletą tej fasoli było to, że była bardzo gorąca. Nigdy nie była w galerii handlowej. Nie otwierała kopert z pismami urzędowymi. Mieszkała w maleńkim mieszkaniu z niedużym kudłatym psem - kundlem. Pralkę automatyczną miala od dwóch lat, i to dzięki podstępowi przyjaciół. Nigdy w Polsce nie była w hipermarkecie ani w centrum handlowym. Zmarła 29 czerwca 2008 roku w Warszawie, a pochowano ją w rodzinnym Sosnowcu.
                                Adam Lewandowski

Wykorzystano teksty: Pani już nic nie będzie potrzebne – rozmowa z Anką Kowalską (2006),  Joanna Sokolińska Anka Kowalska – sylwetka (2006),
 Ewa Milewicz Anka Kowalska nie żyje, "Gazeta Wyborcza", 2008-06-30, Nekrolog Anki Kowalskiej w portalu "Wirtualne Media".


Konwaliom

W najcichszy ogród konwalii
w najdzikszą traw wybujałość
przyniosę ci na spotkanie
wszystko co mi zostało
 
a pozostało mi tyle
że sama ledwie uniosę
więc musisz przyjść na spotkanie
najdroższy
 
co mi skradziono odtworzę
co sama straciłam odzyskam
nad twoim zabłąkaniem
roztoczę się jak przystań
 
i z gwiazd się nam nie otrząsnąć
i będziemy się bardzo kochali
pod słońcem i pod księżycem
i przez gałązkę konwalii
 
a niebo ku wodzie się skłoni
a wiosna włosy nam zwichrzy
i nigdy nic się nie skończy
najmilszy
 
na wiatr na las na wodę
aż do łez niebieską
wysyłam ten list bez znaczka
ten list
bez adresu


Vloženo 31. 7. 2008






AKTORZY ODDADZĄ HOŁD SZEKSPIROWI NA ŚLĄSKOOSTRAWSKIM ZAMKU
Stuhr, Labuda, Tříska o władzy, miłości i zbrodni

    Tego lata Ostrawa dołączy do kulturalnego wymiaru  Pragi, Brna, Bratysławy i Koszyc. Po raz pierwszy bowiem tu, na zamku śląskoostrawskim zostaną zaprezentowane „Uroczystości szekspirowskie” (22 lipiec – 6 sierpnia) przygotowane przez agencje PaS de Théatre oraz schok. W ramach Uroczystości  aktorzy przedstawią cztery sztuki Wiliama Szekspira   - „Komedię pomyłek”  (22-24 lipiec) zrealizowaną z udziałem aktorów ze wszystkich scen ostrawskich , „Burzę” (26 - 29 lipiec) z kreację Jana Tříski, „Ryszarda III” (31 lipca - 1 sierpnia) z Jerzym Stuhrem oraz „Jak się wam podoba” (3 - 6 sierpnia) z fantastyczną rolą Mariana Labudy. Ogółem w projekcie weźmie udział 180 aktorów z trzech państw, co będzie o tyle intersujące, iż w czesko-słowackich inscenizacjach obydwa języki będą używane jednocześnie. Bilety dostępne są na sieci w Ticketportalu, a organizatorzy szacują, że widownia na zamku pomieści za każdym razem 650 widzów (ogółem na przeglądzie ma być 10 000 widzów, którzy za strefowe bilety zapłacą od  150 do 600 koron). Aktorzy zapewniają, że będą grać „do skutku”, co oznacza tyle, że nawet gdyby padało, śnieżyło czy żar płynął z nieba sztuki będą odegrane – może z przerwami – ale w całości.
    Tegoroczne Uroczystości będą premierowe co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy wymieniony w pierwszym zdaniu  (bowiem impreza ma już za sobą 14 -letnią historię), drugi powód to fakt, że po raz pierwszy weźmie w nich udział teatr z Polski. Będzie to Teatr Ludowy z Krakowa,  na którego czele stoi aktor Jacek Strama.
    Zaprezentujemy „Ryszarda III” w inscenizacji i reżyserii Jerzego Stuhra, który ten spektakl nosił w sobie od paru lat i bardzo go w sobie wypieścił powiedział J. Strama- Jest to adaptacja tekstu szekspirowskiego, bowiem w oryginale „Ryszard III” musiałby trwać około 5 godzin. Nasz spektakl Jacek Stramazamyka się w 2 godzinach. Jerzy go zainscenizował, wyreżyserował i gra w nim główną rolę. To jest jego bardzo osobisty spektakl. Jego spojrzenie na postać tyrana i potwora. Niezwykłość tego spektaklu nie zamyka się jedynie w tym, o czym już powiedziałem. Polega ona  na tym, że będą to dwa osatnie wystawienia tegoż spektaklu. Żegnamy się już z tym tytułem. Gramy go od 2005 roku. W sumie 80 spektakli. Wystawialiśmy go głównie u nas w teatrze, ale i w plenerze na pięknym renesansowym rynku w Zamościu na schodach tamtejszego ratusza. Było to wielkie przeżycie. I myślę, że takim samym przeżyciem będzie granie tego spektaklu tutaj na zamku śląskoostrawskim. Takie spotkania zostawiają ślad we wszystkich i w aktorach i w widzach. Mam nadzieję, że tak będzie i tym razem i, że dopisze nam pogoda oraz  widownia.
   Dodam, że dwa lata temu na Festiwalu Szekspirowskim organizownym przez  Fundację „Theatrum Gedanese” w Gdańsku przyznano dwa wyróżnienia i jedno z nich dostał „Ryszard III”.    Na pytanie czy wystawienia sztuk w plenrze różnią się w zasadniczy sposób od teatralnych dyrektor Teatru Ludowego odpowiedziałTo na pewno są inne spektakle. Oczywiście będziemy się wspierali mikroportami, ale już sam sposób podawnia słowa przez mikroport musi być inny. Oczywiście, nowa przestrzeń wymusi inny ruch, rytmy . Także na pewno ten spektakl będzie inny, może nawet zupełnie inny niż ten znany z desek naszego teatru. Warunki w Teatrze Ludowym są dość kameralne – widownia na 320 miejsc i można sobie pozwolić na wszystkie niuanse. Tu trzeba będzie grać plamą, szerszym gestem, słowem. Sam jestem aktorem, gram w tym spektaklu wojewodę Buckinghama, zausznika Ryszarda, który go wyniósł na tron i jak wszyscy inni źle skończył z poruczenia Ryszarda. Gdy grałem w Zamościu wysiadł mi mikroport... i musiałem grać „na żywca”. Warunki rynku są takie, że akustyka jest stosunkowo dobra, zewsząd są kamienice a głos odbija się od nich. Jednak i tak przypłaciłem to sporą chrypą.
    Spektakl to będzie wyjątkowy, bo na śląskiej ziemi - ale w RC, i ostatni - ale w związku z tym najbardziej przepełniony przemyśleniami odaktorskimi. I o ile kiedykolwek te przymyślenia mają być wypowiedziane – tak się stanie tu w Ostrawie – przypuściliśmy.
     Dokładnie. Na tym polega niezwykłość tego przedsięwzięcia. I na to przeżycie czakemy my może nawet bardziej niż widzowie. Może będą na widowni ci, którzy widzieli ten spektakl już w teatrze i porównają go sobie tutaj. Dla nas niezwykłość tego spektaklu jest ewidentna. Świadomość tego, że to ostatni raz jest wystawiane. To pożegnanie z tytułem – to jest dla aktorów ogromne przeżycie. Czasami mocniejsze niż premiera.
Martyna Radlowska-Obrusník

Foto: Eva Kotarbová -  Jacek Strama w trakcie udzielania wywiadu dla „Głosu Ludu”

Vloženo 30. 6. 2008






Dni Śremu 2008 tradičně velmi úspěšné

    Letos se konaly 7. a 8. června. Německé město Bergen reprezentovali místostarosta Adolf Krause s manželkou, radní Eckert Borgis s manželkou, dále Předání cenyHeinrig Ido Ambacht, Bernd Oefke, tajemník mětského úřadu Irmegard Dlugaiczyk, koordinátor zahraničních aktivit Hans Hermann Schmitz, za Střelecký klub Hans-Dieter Sobczak s manželkou, Manfred Weber a paní Adelheim Brosta, dále Horst Köhler s manželkou aj.  Město Rožnov pod Radhoštěm reprezentovala Lenka Vičarová, ředitelka TKA, T klub – kulturní agenturu pak paní Renáta Koňaříková.
   Hostitelské město Śrem zastupoval starosta dr. Adam Lewandowski spolu s dalšími pracovníky, především s Barbarou Jabłońskou, vedoucí odboru vzdělávání a služeb Městského úřadu ve Śremu, a pracovníci Muzea Śrem - ředitelDort Mariusz Kondziela a Barbara Jahns.
   „Ve Śremu, jak už se stalo tradicí, panovala pohoda, orámovaná teplými slunečnými dny,“ sdělila po návratu paní Lenka Vičarová. „Jednou z oficiálních akcí bylo odhalení sochy v Parku Povstalců. Hlavním bodem pak vernisáž výstavy ´Rekonstrukce věže rožnovského kostela´ v prostorách Muzea Śrem, tradičně za velké účasti obyvatel. Součástí vernisáže bylo předaní diplomu a klíčku šremské studentce, vítězce literární soutěže Rožnovský fejeton – Klíček 2007, tedy Anně Wasilewské za fejeton Od základu špatní.
   K velmi pěkným akcím patřil tradiční fotbalový turnaj žákovských družstev Orlík, kde naši malí fotbalisté byli respektovaným týmem s dobrou technickou a kombinačni hrou, na kterou bylo radost se dívat, konečně i přátelským přístupem; skončili ze 14 družstev po skvělém výkonu čtvrtí a pátí.
    Úspěch mělo také vystoupení rožnovského souboru Historika. K zážitkům patřilo sledování účinkování polských fotbalistů na Euro 2008 na velkoplošné obrazovce, instalované na stadionu.   
    Tradiční Běh Emila Zátopka, který se koná v Rožnově, má ohlas i mezi Poláky a Němci, rádi by se ho zúčastnili jako diváci. Poznat Rožnov projevil přání také velmi sympatický šremský kněz P. Buziak.  
    Přátelské setkání reprezentantů tří měst tří evropských zemí během Dní Śremu 2008 byl pro všechny zúčastněné úžasný zážitek. 
Richard Sobotka
 
Foto:  Barbara Jahns -  Lenka Vičarová, ředitelka T klub – kulturní agentury,  předává šremské studentce Anně Wasilewské,
vítězce literární soutěže Rožnovský fejeton – Klíček 2007 diplom a klíček


Foto: Lenka Vičarová - Starosta Śremu dr. Adam Lewandowský u krájení  dortu s heslem Dní Śdremu 2008: Śrem pro mne, pro tebe, pro každého

Vloženo 29. 6. 2008







XIV PRZEGLĄD CIESZYŃSKIEJ PIEŚNI LUDOWEJ
Gorole i Dolanie w silnej reprezentacji Zaolzia

 Zomborek     Kasia Stonawska

   CZ.CIESZYN (mro) – Nie lada orzech do zgryzienia miało jury XIV Przeglądu Cieszyńskiej Pieśni Ludowej we wtorkowy ranek (27. 5. 2008) w czeskocieszyńskiej „Strzelnicy”. Występy oceniali profesor Alojzy Suchanek, prof. Daniel Kadłubiec oraz dr Józef Wierzgoń, który zastępował chorującą dr Małgorzatę Kiereś etnograf, dyrektor Muzeum Beskidzkiego w Wiśle. Dodajmy, że pracy jury towarzyszyła wicekonsul ds. Polonii Konsulatu Generalnego RP w Ostrawie Agnieszka Fedorów. 
    Ten orzech był nad wyraz twardy, bowiem, przegląd trwał bite trzy godziny, utwory wykonywało prawie 90  śpiewaków (nie licząc kapel), a poziom był tak dobry, że prof. Daniel Kadłubiec - nie na żarty proponował - aby wszystkich uczestników skierować do finału. A przecież tam mogło z Zaolzia pojechać najwyżej sześciu wykonawców indywiduanych lub ponadindywidualnych z każdej kategorii... 
    - Wybór był tym trudniejszy, gdyż wszyscy śpiewacy rozumieli, że śpiewu nie można oderwać od gwary i stroju, że to jest jeden system kulturowy. Czystość mowy ludowej i pietyzm, z jakim wykonawcy podeszli do stroju, wystawia im najlepsze świadectwo – oceniał występy prof. D. Kadłubiec. 
    Śpiewacy raźnie wstępowali na scenę, pokonywali tremę, zasychanie w ustach, „zaniki” tekstu piosenek i wszyscy  - z uwagą śledzili wskazówki opiekunek muzycznych, które zazwyczaj usiadłwszy na czas występu w pierwszym rzędzie  minimalną mimiką sterowały akcją na scenie. Śpiewacy synchronizowali się także z kolegami, bowiem w tym roku prawie każda szkoła miała akompaniament muzyczny od dwu- do wieloosobowej kapeli.  - Na ogół wszystkie grały bez zarzutu, ale mała szkoła stonawska zaskoczyła tutaj szczególnie, również śpiewakami – zauważono w jury.
     A potem już po sali płynęły niczym z hal białe głosy, odbijały się od ścian, jak od gróniów. Gorole szeroko zaprezentowali Marek Szwedswoje umiejętności. Honoru i folkloru Zagłębia (Dolan) strzegła tym razem szkoła stonawska z genialnym Markiem Szwedem. Nie było w tym roku - co wszyscy obecni zauważyli -  szkoły karwińskiej. Wybór zaolziańskiej reprezentacji do Wisły na 20 września był poważnym zadaniem. Jury zakwalifikowało w kategorii szkół podstawowych (klas I-V) – Katarzynę Zagórę (Gnojnik), Marka Szweda i Przemysława Orszulika  (Stonawa), Katarzynę Stonawską i Mateusza Brzóskę (Cz.Cieszyn) oraz Janinę Byrtus (Trzyniec I). W kategorii duetów do Wisły pojadą Magdalena Morcinek i Hanka Zajac (Cz.Cieszyn) oraz Marek Szwed i Stanisław Orszulik (Stonawa). W kategorii zespołu wokalnego zaśpiewa w Wiśle zespół z Mostów k/Jabłonkowa.
    W kategorii szkół podstawowych (kl. VI-IX) pojadą na finały Konkursu im. St. Hadyny Urszula Jachnicka, Vojtěch Pazdera, Jakub Zogata (Jabłonków), Aneta Zagóra (Gnojnik), Natalia Bajger i Henryk Molin (Cz.Cieszyn) oraz Kasia Hupka  (Wędrynia). Z duetów będą to Noemi Marosz i Michał Firla (Gnojnik), Justyna Dobner i Joanna Gaura (Cz.Cieszyn), Maja Kłosińska i Jola Kowalczyk (Gnojnik) oraz Krystyna Mirtęga i Natalia Czader (Wędrynia). W kategorii zespołu wokalnego w barwach Zaolzia wystąpią dwa zespoły wokalne z Czeskiego Cieszyna oraz z Gnojnika a także w kategorii zespołu instumentalno-wokalnego - „Torka” oraz „Mali Muzykanci” z Wędryni. Szkoły średnie reprezentować będzie Kapela Gorolsko „Zorómbek”. 
     Jak oceniono w jury przegląd potwierdził znakomite przygotowanie nie tylko młodzieży, ale i zaolziańskich nauczycieli muzyki, którzy zdają sobie sprawę ze specyfiki ludowego śpiewania - Na całym Śląsku Zaolziacy należą do absolutbej czołówki. Śpiewanie to nie tylko zabawa, ale i znakomite wychowanie estetyczne, towarzyskie, humanistyczne, narodowe i jeszcze inne, toteż daje ono szansę,  by pogłębić humanistyczny wymiar współczesnego młodego człowieka, który jest tak bardzo zagłuszany przez kulturę obrazkową i ogłuszającą. Dawniej nasze szkoły po to narzędzie sięgały powszechnie, toteż powszechnie były mocne dzięki naszym, cieszyńskim korzeniom – zaznaczył prof. Kadłubiec. 
    To nie tylko piosenki, to dziedzictwo, spuścizna po naszych przodkach, która ciągle udowadnia swą żywotność. Cieszy mnie, że dzieci lubią śpiewać i  że to pomaga im w domu, w szkole  - po prostu w życiu, a ich interpretacja nabiera nowego wyrazu, aktualnego już w XXI wieku – podsumowała Krystyna Mruzek z PSP Jabłonków. 

Text a foto: Martyna Radlowska-Obrusník

Foto: 1. Zorombek, 2. Kasia Stonawska, 3. Marek Szwed

Vloženo 1. 5. 2008







Łucjan Rabski - malíř velkých bitev

Psie pole 2  Psie pole 1

  
Rabski   Polský malíř Łucjan Rabski (1922, Pniewy, oblast Velkopolska), byl všestranný umělec, který od svých 29 let působil v kultuře. Byl hercem na scénách poznaňských divadel, působil jako režisér, scénograf, sochař, ale také  malíř, který uspořádal na 320 výstav.
  Zvláštní vztah měl k městu Śrem, usazenému na řece Wartě, asi 60 km jižně od Poznaně. Tam absolvoval gymnázium. Vysokou školu uměleckou, obor sochařství, studoval v Poznani v letech 1946 - 50, později také vystudoval fakultu právně-ekonomickou Poznaňské univerzity. Od podzimu r. 1947 působil jako herec na scénách poznaňských divadel. V letech 1953 - 59 založil a vedl experimentální divadlo "Kuźnica", které bylo zároveň jakousi dílnou mladých, specializovali se na scénické adaptace děl významných polských autorů.
    V druhém plánu umělecké činnosti Łucjana Rabského bylo sochařství a malířství.
     „Obrazy Łucjana Rabského jsou nezvykle dynamické a expresivní,“ uvedla Aga Jahns v Gazetě Śremské. „V široké škále námětů to jsou kytice, zátiší, krajinomalba až po monumentální plátna s válečnými náměty. Rabski s velkým zaujetím a znalostí maluje zejména koně, zaznamenává je v různých tématických plánech.“
Kulig   Łucjan Rabski v některých případech nešetří olejovými barvami, obraz tak získává nejen na kontrastu, ale i na plasticitě. Malíř s oblibou užívá kontrastních barev, zejména červené a tmavé, ale jsou to také vyladěné pastelové barvy od okrové přes žlutou a růžovou u obrazu růží.
   Pozoruhodné jsou jeho plátna, na kterých zaznamenává dramatické výjevy z přírody, zvláště působení živlů „żiwioly“, například strom sužovaný větrnou bouří. Podobně je tomu u obrazu „Kulig w czasie zamieci“ (Sáně ve sněhové vánici), kde běs sněhové bouře nechává spíš jen vytušit cválající koně, zapřažené v saních se zachumlanými pasažéry.
    Mezi oblíbená témata obrazů Łucjana Rabského patří vojenské výjevy. Rozměrná plátna se záměrně potlačenou barevností vyjevují úděsné válečné scény, kdy se proti sobě řítí jezdci na koních s napřaženými kopími a šavlemi. Takový je obraz „Bitwa pod Santokiem“, 110 x 70 cm, zakoupený privátním sběratelem v Poznani. Podobný je výjev monumentálního obrazu (110 x 70 cm) „Psie Pole - 1109 r.“ - nemilosrdná bitva Poláků s Tatary u Legnice, kde na válečném poli zůstalo tolik padlých, že je trhali toulaví psi - proto Psí pole. V této bitvě sice Poláci prohráli, ale bitvou vyčerpaní Tataři už dál do polského vnitrozemí nepostoupili.
   Působivý je i obraz na smrt vyděšeného koně, prchajícího bez jezdce z bitevního pole.
  Łucjan Rabski byl malíř pevně srostlý s historií Polska, o čemž svědčí obraz „Drużyna Boleslawa Chrobrego“, nebo obraz „Śmierć Przemyslawa II. pod Rogoźnem“, ale také je známá jeho pevná vazba na polskou přírodu a zvláště na kulturu.
   Vysoký věk byl u Rabského jen jakousi šalbou. Jiskrné oči a bystrý pohled prozrazovaly jeho dynamický rozlet v široké oblasti kultury, jako herce, režiséra, scénografa, sochaře a malíře - významného umělce śremského a poznaňského, ovlivňujícího svým uměním oblast Velkopolska i celého Polska. 
    Łucjan Rabski zemřel 23. října 2004 v Poznani. Pochovaný je na tichém vesnickém hřbitově v Kaszczorze nedaleko Wielunia.
Text a foto: Richard Sobotka

Foto: 1, 2Łucjan Rabski – Psie Pole - 1109 r., 3: Łucjan Rabski, 4: Łucjan Rabski – Kulig w czasie zamieci

Vloženo 15. 5. 2008







Barbara Houwalt – malířka zasněných zákoutí polských měst

    Není neobvyklé, když výtvarník zaznamenává ve svých obrazech půvabná městská zákoutí. Malířkou polského města Śrem byla Barbara Houwalt.
   Ačkoliv pocházela z kvetoucích horských luk Malopolska (narodila se v listopadu 1911 v Koběřině u Krakova), oblíbila si také městečko Śrem v rovinaté Malířkaoblasti Velkopolska. „Je to město blízké mému srdci,“ vždy tvrdila. „Hodně let jsem se právě tam těšila přátelstvím obyvatel, půvabem přírody, starobylou architekturou, magií uliček a kouzlem dvorků.“
   Barbara Houwalt vždy chtěla být malířkou. Vystudovala malířství v letech 1929 - 1935 ve Vilně. Od roku 1945 žila v Poznani ve skromném bytě v prvém patře, nedaleko důstojných věží kostela sv. Františka z Assisi, kláštera a kostela, vybudovaného v 15. stol., zničeného za švédských nájezdů a obnoveného v 18. stol. Tam vznikla její nejlepší díla.
   „Umění bylo nezbytnou součástí života celé naší rodiny,“ vzpomínala jako devadesátiletá, ale stále svěží, elegantní a činorodá malířka na dětství. „Otec Teofil, vynikající stavitel, udržoval kontakty s malíři. Babička Barbara uměla naslouchat magii polské vesnice, věnovala se krajinomalbě, vyšívala a háčkovala pěkné rostlinné motivy. Teta Žofie ukládala do svých veršů víru v krásnou přírodu.“
   Jaký div, že Barbara, od nejútlejšího mládí veselá a milá dívka, šla v jejích šlépějích. Říkali o ní, že je ptáčkem nebeským, skřivánkem vzlétajícím za časného rána vysoko nad pole, modlícím se k obloze zpěvavými trylky. 
  
„Maluji jen to, co nejvíce miluji,“ tvrdila. 
obraz 1  
Zaujalo ji slunce, když vyhlédlo z pod mraků a blýsklo v kaluži uprostřed ulice. Malý dvorek, pěkné městské zákoutí i voňavé povětří. To všechno považovala za bezpečná útočiště šťastného dětství. Vybírala z nich nejpozoruhodnější fragmenty a takto sestavovala svůj ideál lidství a neporušeného soužití s přírodou. Svými obrazy skládala hold kráse tohoto světa. Ve chvíli, kdy tvořila, čas jako by se zastavil. V takové chvíli se zastavovala také ona, celá zjasněná.
   Měla v životě štěstí na manžela - také malíře. Ildefons a Barbara Houwaltovi utvořili dokonalé manželství dokonalých umělců - malířů. Ildefons, v desátém pokolení potomek bohatýra, válčícího v šiku polských vojsk za krále Jana Kazimierza, byl filozofem zahleděným do nitra člověka. Bez lítosti nekompromisně zkoumal a poukazoval na to, co je v člověku velké, ale také co nízké, co člověka povyšuje i umenšuje. Nic nepřikrašloval. „Neexistuje jen zlo,“ bylo součástí jeho životní filozofie, kterou vyjadřují jeho obrazy, „ale také krása a dobro. Nebojme se chránit je, zůstaňme lidmi.“
   U každého z Houwaltovců jde ve výtvarném umění o upřímnou výpověď, hluboký prožitek a živého tvůrčího ducha. Vše podepřeno dokonale zvládnutou klasickou technikou. V jejich tvůrčí dílně mají původ neobyčejně pěkné kresby, olejové obrazy, tempery, monotypie. Byť ve společné tvůrčí činnosti, přesto se dobrali každý svého osobitého malířského rukopisu. 
obraz 2  
Z paní Baši, jak malířku Barbaru Houwalt důvěrně oslovovali přátelé, stále vyzařovala energie, aktivita a čistota ducha neutuchajícího tvůrčího mládí. Dlouhou řadu let byla umělecky svázána s městem Śrem. Při prvé návštěvě města v roce 1980 namalovala pouze jediný obraz - kostel sv. Ducha. Při dalších návštěvách už to byla malířská žeň. Ve svých olejomalbách, perokresbách a grafice zaznamenala kouzlo starých domů, zapomínaná zákoutí starého města, magii a tajemství sakrálních objektů.
   Početné olejomalby Barbary Houwalt našly své místo v městské radnici, velké množství jich vlastní muzeum ve Śremu. Jsou součástí sbírek v Poznani, také v USA, Německu, Holandsku a jinde.
   Obrazy Barbary Houwalt jsou stále nadšeně přijímány  především obyvateli Śremu, nejrůznějšími institucemi, ale také zahraničními hosty. Připomínají čarovné talismany a jako takové je dobré mít je nablízku. 
  
Malířka Barbara Houwalt vystudovala malířství na Univerzitě Stefana Batorego pod vedením takových mistrů jako Ferdynand Ruszczyc nebo Aleksander Szturman. Používala malířskou techniku blížící se pointilismu, olej, pastel, grafiku. Především se věnovala portrétu. Poznaňská i śremská veřejnost zná také její krajiny, které jsou zahrnuty do její tvorby z oblasti Velkopolska.
   Barbara Houwalt vešla do panteonu polských umělců. Je uvedena ve významných publikacích, např. ve Slovníku polských malířů (Varšava 2001), Umělecké sdružení ve Vilně a jeho tradice (vydáno pod patronací ministerstev kultury Litvy a Polska v r. 1996).
   Během 94 let svého života malovala obrazy, psala své vzpomínky, tvořila kouzelné veršíky. Zemřela počátkem roku 2005 v Poznani.

Richard Sobotka 

Foto: archiv muzea ve Śremu
1. Barbara Houwalt, 2. Okružní ulička ve Śremu, 1992, 3. Starý rynek ve Śremu, 1995 

Vloženo 24. 2. 2008







Historie muzea v polském městě Śremu

    Jeho kořeny sahají až do r. 1895, kdy mladý chlapec a pozdější místní cukrář Feliks Sałacińský nalezl v polích měděný peníz z časů Zikmunda III., ten jej přivedl k numismatice. Brzy své sbírky rozšířil na objekty spojené s historií Śremu. Spolupracoval také s archeology při odkrytí hrobů z časů lužické kultury. śremské muzeumPrivátní muzeum otevřel po 1. světové. válce ve svém domě. V době před 2. světovou válkou měl nashromážděno na 4 tisíce předmětů a jeho muzeum bylo známé a uznávané. Za německé okupace byl Feliks Sałacińský odsunut do okupovaného území a jeho sbírky rozptýleny. Po válce se vrátil do Śremu a začal s rekonstrukcí muzea. Zemřel 18. listopadu 1952 bezdětný.
    Exponáty, které od dědiců vykoupilo město Śrem se staly základem sbírek městského muzea. Ty byly v r. 1976 umístěny a zpřístupněny na radnici. Při její rekonstrukci v červnu 1988 se činnost muzea omezila jen na jejich třídění a konzervaci. Obrat nastal v závěru roku 1991, kdy město zakoupilo dům z r. 1900 a předalo do užívání muzeu. V té době se stal jeho ředitelem Mariusz Kondziela, který muzeum povznesl na současnou úroveň živé a uznávané kulturní instituce města Śrem.
   Stálá expozice představuje kolekci ze sbírek Felikse Sałacińského. Je mezi nimi například polní dělo z 18. stol., které bylo původně majetkem hraběte Edwarda Raczyńského z Rogalina. Další expozice představuje řemesla a řemeslné cechy z 18. a 19. století. Svou expozici má Střelecké bratrstvo, jehož historieBarbara Jahns sahá o sto let nazpět. Jsou zde numismatické sbírky. Archeologické nálezy pocházejí ze Śremu a okolí, také z roku 1994 z městské části Helenki, kde byla při stavbě sídliště objevena středověká keramika. Je to i obsáhlá sbírka replik historických kuší šremského umělce Jerzy Jurgy.
    Muzeum pořádá nejrůznější společenské akce, přednášky, výstavy, připravuje katalogy. Rovněž vydává kulturní měsíčník Gazeta Śremská. Muzea využívají v rámci výuky žáci místních škol. Na vernisáže výstav přichází i přes 200 hostů (!), takže jsou pořádány na přilehlé zahradě.
   Od samého vzniku Muzea v něm pracuje paní Barbara Jahns, zároveň výkonná redaktorka kulturního měsíčníku Gazeta Śremská. „Po těch letech práce v muzeu si sama připadám málem jako exponát,“ uvádí se smíchem. Heslem její muzejní práce je: Chránit před zapomněním.
    „Muzejní práce je mým koníčkem,“ říká Barbara Jahns. „Nejvíce si cením kontaktů s pamětníky, v jejich paměti je historie města stále živá. Zaznamenávám jejich příběhy na filmový pás a publikuji je na stránkách Gazety Śremské. Například už stoletý pan Czeslaw Klaczyňský byl účastníkem velkopolského povstání, natočila jsem o něm filmový dokument s názvem Bez jediného výstřelu. Film List klenu vypovídá o masové exekuci obyvatel našeho města z 20. října 1939, kdy Kondzielabylo na náměstí hitlerovci zastřeleno 19 obyvatel. Odezva na tyto dokumenty, které bojují proti zapomnění a zapomínání, je mezi Śremjany značná. Svými vzpomínkami sami přibližují současníkům historii našeho města, svých rodin i svou. Při práci v Muzeu poznávám mnoho zajímavých lidí, umělců, malířů, sochařů, spisovatelů. Navázané kontakty pokračují pořádáním atraktivních výstav.“
    Ředitel Muzea ve Śremu pan Mariusz Kondziela k historii této instituce řekl. „Historii současného muzea tvořím od roku 1991, není to příliš, ale i tak je to dost podstatný úsek v jeho existenci. Důležité jsou tři etapy. Tou první byla myšlenka Muzeum založit, i přes desítky let trvající peripetie s dědictvím Felikse Sałacińského, který zemřel aniž zanechal psaný testament, ačkoliv mínil předat své sbírky městu. Druhým rozhodujícím mezníkem byla v 90. letech minulého století celková změna politické situace, kdy lidé ve vedení města pochopili hlubokou tradici tohoto Muzea a jeho význam, že je to muzeum potřebné a obyvateli akceptované a rozhodli se jeho existenci zachovat. Třetím mezníkem bylo vypracování koncepce muzea. Uchovali jsme původní sbírky Felikse Sałacińského, expozici řemesel, více než stoletou historii Střeleckého bratrstva, numismatické sbírky a archeologické nálezy ze Šremu a okolí. Významná je kolekce kuší Śremského umělce Jerzy Jurgy, která jednoznačně identifikuje Muzeum ve Śremu, protože taková sbírka není v současnosti nikde jinde v Polsku a ani na světě.“
     Muzeum Śremské si vzalo za cíl nejen zachránit vzácné sbírkové předměty, ale také místní tradice a to se mu mírou vrchovatou daří. 
Text a foto: Richard Sobotka
 
Foto: 1. Muzeum Śrem, 2. Barbara Jahns , 3. Ředitel muzea Mariusz Kondziela

Vloženo 18. 2. 2008








Nina Szmyt
autorka(nar. 1944 v Śremu v Polsku)
je absolventkou Filozofické fakulty A. Mickieviče v Poznani. Učitelka, novinářka. Tiskla verše v místním i celostátním polském tisku. Vydala sbírku básní Uvěřit motýlům (1996), Tvé biblické jméno (1999) a další. Působivě pracuje s básnickou metaforou, verše nezřídka vrcholí překvapivou pointou.

Przed Gwiazdką

Kalendarz powoli się kończy
drewno do kominka gotowe
niektórzy kupują choinki
inni w chmurach tracą głowę.

A my wciąż ciekawi jak dzieci
szukamy gwiazdki dla siebie
tej pierwszej, drugiej, trzeciej
ostatniej na biedę.

A my niepoprawni jak dzieci
z marzeniami bez wody i chleba
jak samotni kosmiczni wędrowcy
nie znajdziemy już wspólnego nieba.


Před hvězdou

Kalendář pomalu končí
poleno v krbu připraveno
jedni kupují stromečky
jiní sklánějí v smutku hlavu.

My zvědavější dětí
vyhlížíme svou hvězdu
tu prvou, druhou, třetí
poslední chudinku.

Nenapravitelní jak děti
jen se sny bez vody a chleba
osamělí kosmičtí tuláci
nenalézáme společné nebe.

(Překlad Richard Sobotka)

Vloženo 12. 12. 2007









Seznamte se: Antoni Rut - fotograf
   
   Fotograf. Mistr uměleckého řemesla, člen Stowarzyszenia Twórców Fotoklub Rzeczypospolitej Polskiej, Związku Polskich Artystów Fotografików, Związku Artystów Plastyków. Klasik krajinářské fotografie, čisté fotografie, rafinované tvorby, specifické tvorby, vyznačující se plným světlem a vířivRutým povětřím vyplňujícím obraz nebe. Je jedním z nejpřednějších iniciátorů vzniku fotografických uskupení v Polsku. Naslouchá sám sobě, svému nitru, své duši i srdci, aby lépe, plněji a hlouběji zachytil ve svých fotografiích krásu přírody. Své práce prezentoval 333 krát, mimo jiné na 44 výstavách individuálních (44 titulů), v  exponovaných v muzeích a galeriích v Polsku, Francii, Švýcarsku, Německu a na Ukrajině, ale především ve vlastní fotogalerii Fotoplastykon v Poznani, jejíž půvab dotváří už padesátiletá historie, kdy původně sloužila k prohlížení stereoskopických diapozitivů. V letech 1996-1999 viceprezident oblasti Velkopolska Związku Artystów Plastyków Przyrodniczych. V letech 1999-2002 sekretář a v letech 2002-2005 viceprezident Oddziału Poznańskiego Związku Artystów Plastyków. Je autorem alba Wierzby Wielkopolskie. Za svou práci byl vyznamenán od Stowarzyszenie Twórców Fotoklub Rzeczypospolitej Polskiej Srebrnym Medalem "Zasłużony dla Fotografii Polskiej", a od Marszałka Województwa Wielkopolskiego vyznamenáním "Zasłużony dla Województwa Wielkopolskiego".

 Antoni Rut: Mezi nebem a zemí
   Podle Jean Paula je umění ,,jediný druhý svět na tomto světě", jehož nejdůležitějším kritériem je obrazotvornost.  Svět zaznamenaný ve fotografiích Antoni Ruta je plný emocí, charakterizovaný zkušenostmi, symbolikou, ale především jde o fascinaci vycházející z jakéhosi okouzlení. Jeho fotografie jsou fragmenty současného světa, z nichž se umělec pokouší vysublimovat překvapující krásu.  
   Fotografie nejsou pouhým zrcadlením předmětů, jsou expresivním výrazem pozorovaného. 
  Atmosféra náznaků je hlavním znakem jednotlivých témat. I když fotograf setrvává ve světe reálií, přesto se pohybuje v prostoru čistých a neohraničených významů. Oko Antoniho dokáže rozlišit fragmenty dotknutelných předmětů.
   Jeho fotografie jsou očištěny od všelijakých nahodilostí, vyznačují se vnitřní shodou, klidem a harmonií. Fotograf v nich spojuje v jedno skutečnost a sny.
Je to specifický svět, plný různých forem, bohatství skalních scenérií. Geologická různorodost je akcentována charakteristickými tektonickými vrstvami a symbolickými geomorfologickými liniemi. Interesující je také výběr barev, s jejichž pomocí fotograf vyjadřuje své dojmy. V jeho autorském pojetí Alpy, podobně jako u tatranských básníků, jsou hory především bílé, stříbrné, šedé, olověné, siné, brilantně jiskřivé, černavé na hraně. Fotograf objevuje nejsubtilnější přechody odstínů barev. Naproti tomu zvětšeniny odkrývají záhadná zákoutí, výseč úbočí, jsou to záběry bez horizontu i nebe, ponořený v "běli" proseté šedými pruhy kamení. Antoni Rut neklade důraz na strukturu či kontrast materie, ale na její delikátní a diskrétní orchestraci šerosvitu, černi, blankytu a běli. Autor realisticky, bez zbytečné nápovědy a přikrašlování ukazuje výseč světa, viděnou okamžitou náladou a zachycenou do neobyčejně působivých obrazů.

F1  F2  F3     
Leszek Lesiczka
(překlad Richard Sobotka)

Foto:
1. Autoportrét Antoni Rut
2. Seriál Mezi nebem a zemí

Vloženo 24. 10. 2007








40 let tvůrčí práce Eugeniusza Ferstera

Náhody v životě šremského grafika, kreslíře a karikaturisty Eugeniusza Ferstera, zvaného GENIUS

   Pokud se někdo rozhodne věnovat umění, byť z velké záliby, musí mít v podvědomí zakódovanou křehkost jeho podstaty, proměnlivost hodnot a prchavost zadostiučinění. Eugeniusz Ferster se nemusel stát kreslířem a grafikem. Měl celou řadu schopností a každá z nich jej mohla spolehlivě doprovodit na jeho životní dráze. Dnes ví, že stejně dobře se mohl stát tanečníkem, muzikantem či oblíbeným lékařem. Jeho další osud však ovlivnila matka, nadaná výtvarnice, která záhy rozpoznala, že kresby jejího dítěte prozrazují talent, který by bylo škoda promarnit.
 Ferster  Kreslení mu připadalo snadné - jakoby samo od sebe. Vzpomíná, že se mu stalo i zdrojem určitého "výdělku", když za lízátko kreslil spolužákům, na vlastní práce už mu nezbýval čas a z toho důvodu míval ve školním deníčku z kreslení někdy i dvojku (pozn. dostatečnou). Byl totiž obyčejným chlapcem, trochu i "výtržníkem", jak vzpomíná. Je však pravdou, že se Eugeniusz Ferster (nar. 1947) už v roce 1960 ve svých 13 letech, dočkal oficiálního uznání od Polského rádia ve Varšavě za ilustrace pohádek a v oblasti fantastiky.
   Je tedy možné divit se jeho matce, že ho zavezla do Poznaně na přijímací zkoušku, jak bychom to dnes řekli, do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych? Padl do oka jednomu z profesorů za nákres hlavy Afrodity. Stála v hale a nakreslit její "hlavičku" byl úkol mladého kandidáta. Profesor se pouze podivil, že všechno šlo tak rychle.
   Od nového školního roku se nastěhoval do internátní školy, nedaleko staré zoo. Dodnes si pamatuje výhled z okna svého pokoje na neonovou reklamu na kávu Marago. Domů se vracel pouze na neděli. Domov mu velmi chyběl, odloučení od rodičů a domácího prostředí, to bylo velké psychické břímě. Dnes soudí, že kdyby zůstat doma a navštěvoval střední školu, snáze by vytrval a zvládl takové zatížení. Kromě normální výuky střední školy měli také řadu předmětů odborných. Vydržel pouze rok, pak na školu rezignoval. Ostatně kdo pamatuje Genia Ferstera z tamtěch časů ví, že byl chlapcem velmi jemné fyzické konstrukce. Jeden z profesorů při loučení řekl, že se nemá proč zneklidňovat, neboť s kreslením si určitě poradí i bez školy. Prostě má talent a Seznamte se: ANTONI RUT - polský fotograf také už hodně umí.
   Není nic zvláštního, že se nechal přemluvit k realizaci divadla. Spolu s Jerzym Jurgou vytvořili scénografii a kostýmy pro divadelní hru Macieja Bordowicza s názvem. „Zmień płytę, George”. V režii Zygmunta Konieczka kus sehráli šremští divadelníci Klub Rzemiosła „Maciuś”. Hra o významu pacifismu byla sehrána na scéně sálu u Sałacińskich v ulici Poznańskiej. S tímto divadlem je spojena řada dalších vzpomínek, řídil je totiž otec Eugeniusza. Své místo zde měla nejen divadelní, ale také sportovní vystoupení. Pamatuje, jak divadelníci nacvičovali pana Owoca a také jak kreslil portréty šermířů. Ale necítil se být příliš svázány s tím místem. Velká role v jeho životě se totiž odehrála v sále divadla v Odlewni (pozn. Slévárně), která se na dlouhá léta stala jeho ,,pracovnou". Ale to bylo až o něco později.
   Předtím se udála jiná příhoda. Zvědavost ho zavedla do okolí Śremu, kde právě Kazimierz Kutz natáčel obrázky pro film  „Skok”. Jednou se Eugeniusz Ferster účastnil se skupinou přátel realizace tohoto filmu. Poznal tam mnoho zajímavých osobností, například Daniela Olbrychskiego či také nestora polské fotografie Witolda Dederko. Tehdy se chopil aparátu, že bude fotografovat přírodu. Po mnoho let pak dělal reklamní rytiny a plakáty probíhajícího filmového repertoáru.
   Tak nějak se stalo, že všechny příhody a epizody se v kterémsi okamžiku života Eugeniusza spojily v cosi významného pro pozdější rozhodnutí. Tak to byloKarikatura také s hudbou. Doma byla hudba nadevše, rodiče ji poslouchali z rozhlasu. Naslouchal i on, ale líbilo se mu, co zajímalo mladé. Tak se stal hráčem na bicí nástroje ve školní kapele „Złote Struny”.
   Na gramofonových deskách a zařízeních v tamtěch bídných, poválečno-šremských časech  se seznámil se Stefanem Kuczkowiakiem, který byl fandou džezu. Měl nejnovější gramofonové desky. Právě on povzbuzoval Eugeniusza Ferstera k vytvoření první karikatury pro hudební magazín „Jazz Forum”. Vzpomíná, že ho k tomu ponoukl Włodzimierz Nahorný. Redakce byla spokojena a nabídla mu spolupráci,  která trvá dodnes. A právě tyto karikatury se staly poznávacím znakem našeho Genia. Mnoho Šremjanů už portrétoval v „Gazecie Śremskiej”. Také publikoval své práce v takových časopisech jako „Szpilki”, „California Jazz Now”, Na Przełaj”, „Nasza Trybuna”, „Pyra”, „Głos Śremski”, „Ziemia Kórnicka”, „Merkuriusz Leszczyński”. Nasbíralo se jich opravdu hodně, ale jejich autor skromně tvrdí, že je to pouze hoby, opravdu důležitá je profesionální práce.
   Zde je třeba vrátit se do prvního biografického období. Od roku 1968 do roku 1971 pracoval v Powiatowej Spółdzielni Usług Wielobranżowych. To byla opravdová škola života. Tam bylo třeba dělat všecko, co vyplývá ze široce pojaté práce dekoratéra, užité reklamy a grafiky. Této praxi napomohla tříletá škola v  Seminaryjnym Studium Plastyki  při Poznańskim Pałacu Kultury, kde své práce vykonával mezi jinými také světově slavný malíř a sochař, ostatně také Šremian, profesor Jan Berdyszak.
   Tehdy, to bylo v roce 1971,  kdy Eugeniusz Ferster přijal v Odlewnię Żeliwa v Śremu práci vedoucího výtvarníka. To bylo jeho zaměstnání na dalších 20 let, na které vždy bude vzpomínat se zadostiučiněním. Je třeba vědět, že v minulých letech se Odlewnia značně vzmáhala a hodně ovlivnila výstavbu města i každodenní život lidí, zanechala ve Śremu svou stopu, tedy i v kulturním dění. Skromný, jak se ostatně sluší, vzpomíná Genius mezi jiným na vznik rozhlasové stanice, instituci hudebního jazzového programu, realizovaného s Januszem Witczakiem, šremským pedagogem a současně klasickým kytaristou. Tuto činnost vysoce ocenilo i Polskie Stowarzyszenie Jazzowego ve Varšavě. A skutečně to muselo být cosi... Při této příležitosti je třeba poznamenat, že nikdo se tehdy neobával hrát takovou muziku pro ,,prostý lid". Byli tehdy lidé moudřejší, lépe vychovaní? Při Klubu „Odlewnik” existoval tehdy také Dyskusyjny Klub Filmowy, kde Genius byl řadu let předsedou Rady Programowej.       
   Tak Odlewni zasvětil spoustu času i talentu a cítil se tam dobře. Zejména když se dostavila oficiální uznání za každodenní práci, i za tu, kterou Genius tvrdošíjně nazývá jen za zájmovou, čili za karikatury.
   Jak již bylo řečeno, debutoval na stránkách místních tiskovin již roku 1968. O nějaký čas později se odvážil prezentovat své kresby v Muzeum Karykatury. Bylo to roku 1985 a jeho práce byly prezentovány mezi esy polské grafiky a satirické kresby. Je to patrné po nahlédnutí do katalogu. A že nešlo jen o epizodu svědčí skutečnost, že jeho práce byly prezentovány také na řadě míst doma i v zahraničí. Mezi jiným v  Gabrowie – bulharském hlavním městě humoru a satiry, v městech Amstelven, Paříž, Muenster, Tokio a také v polském krajanském ústředí v USA a Kanadě. Třikrát vystavoval ve Šremu. Mnoho prací zakoupilo Muzeum Karykatury w Warszawie i Muzeum Śremskie.
   Roku 1988 Ministerstwo Kultury i Sztuki ocenilo jeho práce a uměleckou činnost udělením titulu profesionálního umělce výtvarníka v oboru - grafika. Oceněný byl také zápisem do  WHO IS WHO IN SATIRE AND HUMOR (Bazylea 1987), zároveň diplomem Kongresu Polonii Amerykańskiej AWARD OF MERIT (Chicago 1973).
 
   Eugeniusz Ferster neochotně hovoří o své tvůrčí práci jako o úspěchu, byť k tomu nemá žádný důvod. Cituji zde vzpomínku  Eugeniusza, kterou napsal při přípravě tohoto článku: 
   ,,Seděl jsem po návštěvě přítele v kanceláři „RUTA TOUR” (cestovní kancelář v Śremu). Vešel známý, kterého jsem dlouhý čas neviděl (Lech Czarnecki). - Představ si Geniu, jak jsem byl mile překvapený, když jsem v Paříži  vešel do  Instytutu Polskiego - nahlédnout tam, prolistovat krajanský tisk, vypít kávu - a tu vidím, výstava satirických obrázků z Polska (výstava ze sbírek  Muzeum Karykatury w Warszawie, podle katalogu z roku 1988)! Dívám se, hledím a tu vidím práce Eugeniusza Ferstera vedle prací Szymona Kobylińskiego, Eryka Lipińskiego a Zbigniewa Lengrena. Představ si, jaké to bylo pro mne překvapení. Pozval jsem francouzské známé, abych se pochlubil kolegou z rodného Śremu!    
   Odpověděl jsem mu, že já sedím zde na místě. To moje kresby putují po světě. Tak do současnosti putovaly od Chicaga po Tokio, od  Muenster do Gabrowa!!!”

Kresba E. Ferstera    Chce to čas, aby umělec uvěřil, že je umělcem a nehledal na sobě takové ,,slabostí" jako to, že nekreslí karikatury stylem a’ vista, v čemž  ,,mistrem světa" byl jeho vzor  Stanisław Mrowiński. Neboť Eugeniusz Ferster dělá karikatury řemeslně. A co z toho plyne? Za prvé kreslí osoby, které zná, o kterých něco ví, dívá se na ně, má ,,oko", zvažuje charakteristické črty. To tak zvané ,,oko" má každý, ale... Pouze je potřeba dokázat viděné přenést na papír.
   To ,,oko" se vyskytovalo také v případě fotografování. S pomocí obyčejného fotoaparátu během procházek s jezevčíkem tak znamenitě zaznamenal přírodu v okolí Śremu, že to postačilo na pěknou výstavu pod názvem  „Gniazdo – czyli rozliczne ołtarze Matki Natury”, která se v březnu 2004 uskutečnila v Muzeum Śremskim. To koneckonců spojilo Genia s jeho nejnovější zájmem - literaturou. Jeho fotografie doprovázejí básnickou sbírku Adama Lewandowskiego „Drzewa niby ludzie”. Ještě předtím v roce 1992 spolu s Adamem Podsiadłym byl spoluautorem výběru sentencí Stanisława Ignacego Witkiewicza.
  Či už je zcela zaplněný vějíř uměleckých zájmů Eugeniusza Ferstera? Určitě ne, nezmínili jsme se o práci na díle Towarzystwa Miłośników Śremu, která trvá od poloviny 60 let. Projektoval pro Towarzystwa řadu tisků ozdobných obálek knih vydavatelství příležitostných, grafických znaků a vyznamenání. Je autorem pamětní tabule Heliodorowi Święcickiemu, také pomníku katyňských obětí v  Parku Odlewników Śremskich. Byl u počátku reaktivace Kurkowego Bractwa Strzeleckiego a od roku 1990 zhotovil stovky unikátních střeleckých terčů, které se nacházejí v soukromých sbírkách a také v mnohých Domach Brackich w Polsce.    
   Eugeniusz Ferster rovněž pravidelně píše články do „Gazety Śremskiej”, zaznamenává události a osobnosti, pomalu přecházející mezi legendy města. A také se  neustále omlouvá, že není v silách zvládnout další nové výzvy, neboť časem mu ruce vypovídají poslušnost, tak často je máčel v barvách i vodě, že se do nich dal revmatismus... Podle něj je i kreslení těžká práce a ne zábava, jak kdysi myslely jeho děti. Zda po něm zdědily talent? Možná dcera, ale nikdy ji do ničeho nenutil a k ničemu nepřemlouval. To není snadný chleba a zadostiučinění  tak prchavé...
   Po 40 letech tvůrčí práce zůstává  Eugeniusz Ferster skromným člověkem, ale jeho zájem mu nedovolí libovat si v zahálce. Zanedlouho nás zcela určitě zase něčím překvapí! Všichni mu to od srdce přejeme.   
Barbara Nowicka
Foto: Anna Maria Buetow
Český překlad: Richard Sobotka
1: Jubilant.  
2: Karikatura E. Ferstera.
3: Kresba  E. Ferstera.




W 40-lecie pracy twórczej
Przypadki Eugeniusza Ferstera
 
   Kiedy ktoś decyduje się na zawód z dziedziny artystycznej, choćby z wielkiego zamiłowania, ma w podświadomości zakodowaną kruchość jego podstaw, zmienność ocen i ulotność satysfakcji. Eugeniusz Ferster wcale nie musiał być rysownikiem, grafikiem. Miał wiele uzdolnień i każde z nich mogło go wprowadzić na jego ścieżkę życiową. Więc z dzisiejszej perspektywy uważa, że mógłby być zarówno tancerzem jak i muzykiem czy wziętym lekarzem. Ręką przeznaczenia okazała się jego mama, która sama utalentowana plastycznie dostrzegła, że rysunki jej dziecka zdradzają talent, którego szkoda byłoby zaprzepaścić.
   Niewątpliwie rysowanie przychodziło mu łatwo – jakby samo z siebie. I jak sobie przypomina, rysunki stanowiły dla niego źródło wczesnego „zarobkowania”. Zdarzało się bowiem, że rysował prace swoim kolegom na przykład za lizaka, a sam ze swoją pracą już nie zdążył. Miewał więc czasem z tego powodu i dwójki w dzienniku. Był bowiem zwyczajnym chłopcem, trochę „wywijasem”, jak mówi, ale prawdą też jest, że Eugeniusz Ferster z rocznika 1947, już w roku 1960, mając 13 lat doczekał się oficjalnego uznania. Został bowiem wyróżniony przez Polskie Radio w Warszawie za ilustracje o treści bajkowej i fantastycznej.
   Czy można się zatem dziwić jego mamie, że zawiozła go do Poznania na spotkanie kwalifikacyjne, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Spodobał się jednemu z profesorów za sprawą głowy Afrodyty. Stała taka w holu i właśnie narysowanie tej „główki” było zadaniem młodego kandydata. Profesor zdziwił się tylko, że poszło to tak szybko.
   Od nowego roku szkolnego zainstalował się w internacie szkoły, niedaleko starego ZOO. Do dziś pamięta widoczną z okna jego pokoju neonową reklamę kawy Marago. Do domu przyjeżdżał tylko na niedzielę. Tego domu bardzo mu brakowało, bo oderwanie od rodziców, obce otoczenie to był duży psychiczny ciężar. Dziś sądzi, że gdyby mógł być w domu i chodzić do tej szkoły tu na miejscu, prawdopodobnie wytrzymałby to spore, większe niż w innych szkołach średnich obciążenie. Bo przecież obok normalnego kursu szkoły średniej przerabiał też i kilkanaście przedmiotów zawodowych. Zrozumiałe więc, że wytrzymał w tym systemie tylko przez pierwszy rok szkolny i potem zrezygnował. Zresztą kto pamięta Genia Ferstera z tamtych czasów, wie, że był chłopcem o bardzo delikatnej konstrukcji fizycznej. Jeden z profesorów powiedział mu na drogę, że nie ma co się martwić, bo z rysowaniem da sobie na pewno radę i bez tej szkoły. Po prostu ma talent i też już sporo umie.
   Tak więc nic dziwnego, że w tym czasie dał się namówić na realizację teatralną. Razem z Jerzym Jurgą stworzyli scenografię i kostiumy do sztuki teatralnej Macieja Bordowicza pt. „Zmień płytę, George”. Reżyserował Zygmunt Konieczka, a całą tą teatralną inicjatywę podjął Śremski Klub Rzemiosła „Maciuś”. Sztuka o wydźwięku pacyfistycznym była grana na scenie sali u Sałacińskich przy ulicy Poznańskiej. Z tą salą związanych jest wiele innych wspomnień. Administrował nią bowiem ojciec Eugeniusza. Miały tu miejsce nie tylko wydarzenia artystyczne, ale także sportowe. Pamięta więc jak ćwiczył tam zespół teatralny pana Owoca czy też jak rysował szermierzom ich podobizny. Ale sam nie czuje się specjalnie związany z tym miejscem. Wielką bowiem rolę w jego życiu odegrała sala widowiskowa w Odlewni, która stała się na długie lata jego „pracownią”. Ale to będzie trochę później.
   Przedtem będzie jeszcze przygoda na planie. Otóż ciekawość zawiodła go w okolice Śremu, gdzie Kazimierz Kutz kręcił zdjęcia do filmu „Skok”. W efekcie Eugeniusz Ferster wraz z grupą przyjaciół naprawdę uczestniczył w realizacji tego filmu. Oczywiste, że poznał tam wiele ciekawych osobistości, jak na przykład Daniela Olbrychskiego czy też nestora polskiej fotografii Witolda Dederko. Miało mu się to przydać, kiedy sam chwyci aparat i będzie fotografował przyrodę. Przez wiele lat zaś będzie wykonywał plansze reklamowe i plakaty bieżącego repertuaru kinowego.
   Tak się jakoś składa, że te wszystkie przypadki czy epizody w którymś momencie życia Eugeniusza się zlewają, o czymś ważnym decydują później. Tak jak to było też i z muzyką. W jego domu muzyka była obecna zawsze, rodzice słuchali jej z radia, słuchał w ten sposób i on, ale to, co lubił i co właśnie zajmowało młode pokolenie. Przez blisko rok był perkusistą w zespole koleżeńskim „Złote Struny”.
   O płytach i urządzeniach odtwarzających w tamtych ubogich, powojenno-siermiężnych czasach, nie było mowy, to też przyszło później wraz ze Stefanem Kuczkowiakiem, który był fanem jazzu. To on miał pierwsze płyty i to on w końcu zachęcił Eugeniusza Ferstera do wysłania pierwszej karykatury do magazynu muzycznego „Jazz Forum”. Pamięta, że była to „główka” Włodzimierza Nahornego. Redakcja była zadowolona i zachęciła go do współpracy, która trwa do dziś. No i te „główki” stały się znakiem rozpoznawczym naszego Genia. Iluż to już śremian sportretował w „Gazecie Śremskiej”. A przecież publikował też swoje prace w takich pismach jak „Szpilki”, „California Jazz Now”, Na Przełaj”, „Nasza Trybuna”, „Pyra”, „Głos Śremski”, „Ziemia Kórnicka”, „Merkuriusz Leszczyński”. Nazbierało się tego sporo, ale ich autor skromnie twierdzi, że jest to tylko hobby, bo przykładał się przede wszystkim do pracy zawodowej.
   I tu trzeba wrócić do przerwanego wątku biograficznego. Od 1968 roku do roku 1971 pracuje w Powiatowej Spółdzielni Usług Wielobranżowych. To jest prawdziwa szkoła życia. Tu trzeba robić wszystko, co wchodzi w zakres szeroko pojętego dekoratorstwa, reklamy i grafiki użytkowej. Ta praktyka zostaje poparta 3-letnią nauką w Seminaryjnym Studium Plastyki przy Poznańskim Pałacu Kultury, gdzie zajęcia prowadził między innymi światowej sławy malarz i rzeźbiarz, zresztą też śremianin, profesor Jan Berdyszak.
   Wtedy też, czyli w 1971 roku, Eugeniusz Ferster zostaje dostrzeżony przez Odlewnię Żeliwa w Śremie, gdzie przyjmuje propozycję pracy na stanowisku plastyka zakładowego. To będzie jego miejsce przez następne 20 lat, które zawsze będzie wspominał z satysfakcją. Trzeba przy tym pamiętać, że w tamtych latach Odlewnia była potężnym czynnikiem miastotwórczym i w każdej dziedzinie życia Śremu odcisnęła swój ślad, także i w dziedzinie kultury. Skromny, jak zawsze, Geniu wspomina między innymi utworzenie w rozgłośni zakładowej programu z muzyką jazzową, prowadzonego wraz z Januszem Witczakiem, śremskim pedagogiem i zarazem gitarzystą klasycznym. Działanie to spotkało się z wysoką oceną Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego w Warszawie. A więc musiało to być naprawdę coś... Przy okazji warto się zastanowić, że nikt się jakoś nie bał grać takiej muzyki dla „prostego ludu”, ludzie byli wtedy mądrzejsi, lepiej wyedukowani? A przecież jeszcze przy Klubie „Odlewnik” istniał też Dyskusyjny Klub Filmowy, gdzie Genio był przez szereg lat przewodniczącym Rady Programowej.
   Tak więc Odlewni poświęcił sporo czasu i talentu i czuł się tam dobrze. Zwłaszcza, że przyszły też i oficjalne dowody uznania i za pracę codzienną i za tę, którą Geniu uporczywie nazywa zajęciem ubocznym czyli za karykatury.
   Jak się rzekło, na łamach prasy krajowej zadebiutował w już roku 1968 i trwało to „chwilę” zanim odważył się na następny krok – prezentację w Muzeum Karykatury. Było to w roku 1985 kiedy jego prace zostały zaprezentowane wśród tuzów polskiej grafiki i rysunku satyrycznego. Widać to, kiedy się zajrzy w katalogi. A że nie był to tylko epizod, świadczy też fakt, że jego prace były wystawiane potem na wielu prezentacjach krajowych i zagranicznych. Między innymi w Gabrowie – bułgarskiej stolicy humoru i satyry – Amstelven, Paryżu, Muenster, Tokio i ośrodkach polonijnych USA i Kanady. Trzykrotnie gościły w Śremie. Większość prac zakupiło Muzeum Karykatury w Warszawie i Muzeum Śremskie.
   W 1988 roku Ministerstwo Kultury i Sztuki dokonało oceny jego prac i dorobku artystycznego przyznając mu tytuł profesjonalnego artysty plastyka w dziedzinie – grafika. Uhonorowany został też wpisem do WHO IS WHO IN SATIRE AND HUMOR (Bazylea 1987) oraz dyplomem Kongresu Polonii Amerykańskiej AWARD OF MERIT (Chicago 1973).
   Mimo to Eugeniusz Ferster niechętnie mówi o swojej pracy twórczej jako o sukcesie, choć przecież dowodów na to nie brak. Przytoczę tu wspomnienie Eugeniusza, które spisał na potrzeby tego artykułu:
   „Siedziałem z wizytą towarzyską w biurze „RUTA TOUR” (biuro podróży w Śremie). I wchodzi znajomy, którego nie było od dłuższego czasu w kraju (Lech Czarnecki). – Wyobraź sobie Geniu, jak byłem mile zaskoczony, kiedy wchodząc do Instytutu Polskiego w Paryżu – zaglądnąłem tam, aby przejrzeć krajową prasę i wypić kawę – a tu patrzę, wystawa rysunku (wystawa ze zbiorów Muzeum Karykatury w Warszawie, według katalogu w 1988 roku) satyrycznego z Polski! Oglądam, oglądam a tu prace Eugeniusza Ferstera obok Szymona Kobylińskiego i Eryka Lipińskiego i Zbigniewa Lengrena. Wyobraź sobie, jaka to dla mnie miła niespodzianka. Sprowadziłem swoich francuskich znajomych, aby pochwalić się kolegą z rodzinnego Śremu!
Odpowiedziałem mu, że ja sobie siedzę tu na miejscu, a moje rysunki podróżują po świecie. Tak się napodróżowałem dotychczas: od Chicago do Tokio, i od Muenster do Gabrowa!!!”

   Może więc czas, aby artysta uwierzył, że jest artystą i nie wynajdywał u siebie takich „słabych” stron, jak to, że nie rysuje karykatur a’ vista, w czym „mistrzem świata” był jego wzór Stanisław Mrowiński. No, bo on, Eugeniusz Ferster robi karykatury warsztatowe. A jak chwyta podobieństwo? Po pierwsze rysuje osoby, które zna, o których coś wie, patrzy na nie, ma „oko”, zauważa cechy charakterystyczne. To tak zwane „oko” jego zdaniem, ma każdy, tylko... No, właśnie, trzeba to „tylko” umieć przenieść na papier. To „oko” też się przydało w przypadku fotografii. Przy pomocy zwykłego aparatu i z powodu przymusowych spacerów z jamnikiem, tak zaobserwował przyrodę okolic Śremu, że starczyło tego na piękną wystawę pt. „Gniazdo – czyli rozliczne ołtarze Matki Natury”, która miała miejsce w Muzeum Śremskim w marcu 2004 roku. To zresztą połączyło się z najnowszą pasją Genia – literaturą. Jego fotografie ilustrują tomik poezji Adama Lewandowskiego „Drzewa niby ludzie”. Wcześniej, bo w 1992 roku, wraz z Adamem Podsiadłym został współautorem wyboru sentencji Stanisława Ignacego Witkiewicza.
   Czy to już pełen wachlarz artystycznych przypadków Eugeniusza Ferstera? Na pewno nie, bo nie została wspomniana chociażby praca na rzecz Towarzystwa Miłośników Śremu, która trwa od połowy lat 60-tych. Projektował dla Towarzystwa szereg druków ozdobnych: okładek wydawnictw okolicznościowych, znaków graficznych i odznaczeń. Jego autorstwa jest tablica pamiątkowa poświęcona Heliodorowi Święcickiemu oraz pomnik ofiar katyńskich w Parku Odlewników Śremskich. Był u początków reaktywowania Kurkowego Bractwa Strzeleckiego i od 1990 roku wykonał setki unikatowych tarcz strzeleckich, które znajdują się w kolekcjach prywatnych i w wielu Domach Brackich w Polsce.
   Pisze też Eugeniusz Ferster regularnie artykuły do „Gazety Śremskiej” utrwalając wydarzenia i postacie powoli przechodzące do legendy miasta. A przecież wciąż się tłumaczy, że nie czuje się na siłach, aby podejmować nowe wyzwania, bo czasem ręce odmawiają mu posłuszeństwa, tyle nagrzebał się w farbach i wodzie, że reumatyzm sam się zaprosił... Dla niego przecież rysowanie to ciężka praca, a nie zabawa, jak uważały kiedyś jego dzieci. Czy odziedziczyły po nim talent, może córka, ale nigdy na nie wpływał i do niczego nie namawiał. To nie jest łatwy chleb, a satysfakcje tak ulotne...
   Po 40 latach pracy twórczej Eugeniusz Ferster pozostaje skromnym człowiekiem, ale jego ciekawość nie pozwala mu tak całkiem rozkoszować się wolnym czasem. Wkrótce pewne nas znowu czymś zaskoczy! Wszyscy serdecznie życzymy mu tego.
Barbara Nowicka

Vloženo 13. 8. 2007